sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 4

Po obiedzie poszłam do swojego pokoju mając nadzieję, że dobrze zapamiętałam drogę.
A jednak! Zapamiętałam, pomyślałam.
Weszłam cała rozpromieniona do pokoju.
Zauważyłam drobne zmiany, a raczej dodatki. Na komodzie była wieża do odważania muzyki, na ścianach miałam obrazy: jeden z czarnym koniem – jak się później domyśliłam to był  Kuran - , a na innych miałam śliczne krajobrazy. Dostałam jeszcze czarny, skórzany fotel na którym siedział nieznajomy mężczyzna w płaszczu i kapturze na głowie.
Zaraz, zaraz, pomyślałam, mężczyzna?!
- Kim pan jest?! – Krzyknęłam.
Zero odpowiedzi.
- Jeśli nie powie mi pan, kim pan jest zawołam Lilian i wuja! – ponowiłam.
- Więc teraz ty jesteś właścicielką mojego konia? – to był ten sam melodyjny głos, który słyszałam w stodole przy boksie Kurana.
- Słyszał pan co powiedziałam?!
- Słyszałem. Słyszałaś co ja powiedziałem? – Po tych słowach wstał z fotela.
Nie wiem co chciał zrobić, ale kiedy do pokoju weszła Lilian, nieznajomy gość znikł.
- Myślałam, że jest tutaj Sebastian, rozmawiałaś z kimś?
- Nie. Z nikim nie rozmawiałam.
- No dobrze. Postanowiliśmy z wujem żeby otworzyć ci kominek i przynieść jeszcze jeden skórzany czarny fotel i stolik do tego. – Weszli dawaj panowie, którzy nieśli drugi fotel, a za nimi jeszcze kolejnych dwóch panów, którzy nieśli z ciemnego drzewa, okrągły stolik.  Podeszła do jednej ze ścian i przekluczyła coś w ścianie, a ta podniosła się ukazując kominek. – Zaraz ktoś przyjdzie ci napalić. Jak po dniu pełnym wrażeń? Smakują ci tutejsze dania, czy wolisz może jadać coś innego?
- Nie, nie. Wszystko jest w porządku. – Oświadczyłam.
- No dobrze… Zapomniałabym! Tutaj przy łóżku masz telefon gdybyś czegoś potrzebowała, a tu na kartce masz napisane cyferki pod które możesz dzwonić gdybyś czegos potrzebowała… Możesz otwierać sobie okna… Hmm… - rozejrzała się po pokoju, przeszukując go wzrokiem – Dostaniesz pokojówkę, Marry, jest trochę starsza, proszę bądź dla niej miła, dobrze?
- Lilian?
- Słucham?
- Kiedy zacznę uczyć się jeździć na Kuranie? – zapytałam z ciekawości.
 - Od jutra. Kyle będzie cię uczył.
- Kyle? To wasz stajenny?
- Nie – odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem.
- Więc kto to?
- Przekonasz się jutro, kochanie. Za tymi drzwiami masz łazienkę wrazi e jakbyś nie wiedziała gdzie ona się znajduje.
Ruszyła w kierunku drzwi.
- Lilian! – zatrzymałam ją.
 Odwróciła się.
- Gdzie mogłabym kupić książki?
- O to się nie martw. Darcy z tobą pójdzie do biblioteki, a teraz przepraszam Rose, musze coś załatwić. Dobranoc.
Wyszła z pośpiechem, a za nią czwórka panów którzy mi wnieśli meble…
Spojrzałam w stronę komputera.
Mam nadzieję, że jest tu Internet, pomyślałam.
Usiadłam wygodnie na fotelu i uruchomiłam komputer.
Jak zawsze posprawdzałam ulubione strony, popisałam z znajomymi na chacie – Alexa nie było -, posłuchałam muzyki i tak czas minął mi aż do godziny 00:00. Tak, więc poczłapałam do łazienki i wzięłam szybki prysznic.
Tej nocy dręczyły mnie wyjątkowo realistyczne koszmary.
Szłam korytarzami – mojego obecnego domu – rozglądałam się po obrazach jak bym czegoś szukała. Później trafiłam do pokoju – mojego pokoju, jak się później zorientowałam byłam w beżowo sukience bez ramiączek – do kolan - z czarnymi falbankami idącymi od gorsetu w dół – stał tam mężczyzna, który kogoś torturował. Wszędzie było ciemno.

***

- Dziecino, obudź się! – dobiegał do mnie z daleka głos.
Chciałam otworzyć oczy, ale nie mogłam. Nagle poczułam coś na mojej piersi – zimny kształt.
Otworzyłam oczy, ale widziałam tylko zamazane kształty. Na szczęście obraz nabierał po woli kształtów o  dobrej jakości. Nade mną pochylała się starsza pani. Miała na sobie czarną koszulę na krótki rękaw, czarną spódnice, biały fartuszek i biały… czepek na głowie.
- No nareszcie się obudziłaś! – powiedziała najwidoczniej z ulgą.
- Taaak… Co się stało? – zapytałam rozglądając się po pokoju.
- Gdy tu weszłam strasznie się rzucałaś, chyba dręczyły cię koszmary. Przestraszyłam się.
- Proszę się już nie martwić już mi lepiej. Mogłaby pani oświecić światło?
Podeszła do stolika nocnego i zapaliła lampkę.
- Wielkie Nieba! – wykrzyknęła zdumiona, patrząc na mnie lub na coś za mną.
Automatycznie zaczęłam się rozglądać po pokoju.
- Czy coś się stało? – zapytałąm zaniepokojona i jeszcze raz ogarnęłam pokój wzrokiem.
- Myślałam, że panna Lilian i pan Darcy sobie ze mnie żartują. Jednak nie.
- O co chodzi? Nic z tego nie rozumiem.
- Panna Lilian opowiadała o tobie, że jesteś piękna. Blada nieskazitelna cera, wydatne kości policzkowe, delikatnie zaczerwienione usta, długie czarne rzęsy, niebieskie oczy i w dodatku piękne, długie, czarne włosy. Panienka jak z obrazka. – Zachwycała się starsza pani.
- Kim pani jest?
- Och… Jestem Marry. Twoja pokojówka, a ty jesteś Rose, jeśli się nie mylę, prawda? – uśmiechnęła się do mnie. – Naprawdę wybrałaś Kurana? Czy Kuran wybrał ciebie?
- No sama nie wiem, żaden koń mi się nie spodobał, ale tego co zobaczyłam w stodole, nie mogłam od niego oczu oderwać…
- A czy i on patrzył na ciebie.
- Tak…
- Wychodzi na to, że oboje się wybraliście. Drugim człowiekiem jaki kiedykolwiek dosiadł twojego konia był twój wuj Darcy. A pierwszym…
- …Kaname Kuran. – dokończyłam.
- Tak. Lilian ci powiedziała, prawda? Spokojnie nie wygadam się. Jestem ciekawa czy jego pan nie będzie miał nic przeciwko nowej właścicielce.
- Dlaczego wuj miałby mieć coś przeciwko tego żebym dosiadła Kurana?
- Źle mnie zrozumiałaś Rose – podeszła do mebli i zaczęła je odkurzać – nie chodziło mi o pana Darcy. Chodziło mi o pana Kurana. I nikt z nas nie ma pewności czy koń pozwoli ci się osiodłać. Najwyraźniej nie zbyt uważnie słuchałaś Lilian.
- Proszę pani… - zaczęłam.
- Proszę mów mi Marry.
- Marry – poprawiłam się – czy to prawda że pan Kuran pojawia się tutaj?
Spojrzała na mnie przestraszona.
- Oczywiście chodzą takie pogłoski, że nadal tu mieszka, ale się ukrywa.
- Gdzie?
- W jednym z tych pokoji. Ale jest nie do odnalezienia.
- Czyli tajemniczy pokój. Szukano go chociaż?
- Tak. Naturalnie pan Darcy podejmował kilka razy próbę odnalezienia go, ale wracał z pustymi rękoma.
Mogłabym stwierdzić, że ten dom jest nawiedzony. Serce waliło mi jak oszalałe. Zaczynałam się bać konia, duchów – zwłaszcza jednego ducha-, pokojówki… Drzwi balkonowe otworzyły się na swoją całą szerokość i wpadł podmuch wiatru.
- Odejdź. Nie strasz dziewczyny! – skarciła kogoś Marry.
- Nie chce jej przestraszyć chce ją poznać. Zbyt długo na to czekałem…
- To nie najlepszy moment. Poczekaj chociaż do balu. Rose, proszę cię zejdź do salonu na obiad.
Obiad? Spojrzałam na mój elektroniczny zegarek. Szlag! Już jest prawie pierwsza po południu. Wyjęłam z szafy jakieś rzeczy i popędziłam już ubrana na dół.
Lilian i wuj siedzieli przy stole i zdaje się czekali na mnie.
- Dzień dobry. – przywitał się wuj.
- Witaj. – powitała mnie z uśmiechem Lilian.
- Przepraszam za spóźnienie, ale zaspałam. – wytłumaczyłam się.
- Jak ci się śpi w pokoju? Nie boisz się? – zapytał Darcy.
- Bardzo dobrze i wygodnie, mam ładny widok na ogród. Bardzo mi tam się podoba…
- Więc dzisiaj dosiadasz Kurana. – przypomniała mi Lilian.
- Ach tak… Więc zjedzmy obiad i chodźmy oglądać moją klęskę… - wymamrotałam.
Darcy i Lilian parsknęli śmiechem i zaczęliśmy jeść obiad.

***

Wuj Darcy i Lilian zapoznali mnie z Kylem, który miał mnie uczyć jazdy konno.
Kyle okazał się bardzo sympatycznym trenerem. Był tylko dwa lata starszy ode mnie.
- Posłuchaj Rose. Koń już jest osiodłany. Pomogę ci wsiąść na Kurana, a ty się podciągniesz i przełożysz nogę na drugą stronę, okej?
- To nic trudnego. – skwitowałam.
Może nie będzie tak źle? Pomyślałam.
- No to na trzy. Raz… Dwa… TRZY! Hop!
Ciężko było mi się podciągnąć, ale dałam radę. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak wielki jest Kuran. Nie chciałabym z niego spać…
Ledwie o tym pomyślałam, a on już stanął dęba – na szczęście przytrzymałam się mocno jego grzywy.
Puścił się biegiem w stronę parku.
Odwróciłam się i krzyknęłam:
- Jak go się do cholery zatrzymuje?!
- Pociągnij uprząż do tyły! – usłyszałam.
Zrobiłam to co kazał, tylko przez to koń przyśpieszył jeszcze bardziej.
Pędziliśmy prosto na ogrodzenie.
Jednym susem, go przeskoczył. Byłam pod - ukrytym -  wrażeniem.
Biegł jakąś ścieżką, nawet nie wiem dokąd ona prowadziła… Jechałam na nim jakieś dwadzieścia minut, później zaczął zwalniać, aż w końcu się zatrzymał na jakiejś malutkiej polance przez którą płynął strumyk.
Zaczęłam główkować, jak wrócić z koniem do domu, albo chociaż w okolice. Gdybym wróciła tą samą drogą, którą biegł Kuran prawdopodobieństwo powrotu do domu przed zmierzchem byłoby całkiem spore, ale gdybym zabłądziła prawdopodobieństwo powrotu dziś było by naprawdę minimalne.
Spojrzałam w stronę konia, który jadł spokojnie trawę.
- I coś ty najlepszego narobił?
Podniósł łeb i w odpowiedzi prychnął.
- Doprawdy? To wiele wyjaśnia. Poczekaj… Jeden szczegół. Ja ciebie nie rozumiem!
Znowu prychnął.
- Za to możesz mnie zrozumieć. – powiedział melodyjny głos, który słyszałam wtedy w stodole i kiedy Marry rozmawiała z kimś w moim pokoju. Odwróciłam się w kierunku z którego płynął głos. W cieniu drzew stał mężczyzna w czarnym płaszczu z kapturem na głowie, także nie mogłam widzieć jego twarzy.
- Kim ty…
- Spokojnie. – Przerwał mi. Podszedł do Kurana a ten zaczął się do niego łasić. – Dowiesz się w swoim czasie. Niedługo. Wkrótce. A tym czasem, co tutaj robisz z moim koniem?
- Twoim koniem? Kuran jest mój. Uczyłam się na nim jeździć, a on przywiózł mnie tutaj…
- Co za posłuszny koń.
- Proszę?
- Chciałem żeby to zrobił.
Patrzyłam otępiała. Powoli w parku zaczynało się robić ciemno, co mnie przyprawiło o ciarki.
- Rose! Musimy się spotkać i to jak najszybciej. – Rozejrzał się dookoła. – Chodź pomogę ci wsiąść i wrócicie na teren posiadłości. – Nie wiedziałam czy mogę mu zaufać. – No dalej! Robi się ciemno.
Pokiwałam przecząco głową i zrobiłam parę kroków w tył.
- Wolę iść pieszo po ciemku. – powiedziałam z determinacją w głosie.
- Rose… - powiedział miękko zbliżając się do mnie pewnym krokiem. – Nie zrobię ci krzywdy. Musisz mi zaufać. – Objął mnie w tali. – Nie skrzywdzę cię. – wziął mnie na rece, początkowo protestowałam  i mówiłam mu żeby mnie puścił, ale musiałam się poddać. – Kuran!. – powiedział do konia a ten położył się. Nieznajomy wybawiciel usiadł w siodle, a mnie posadził przed sobą. Cmoknął do konia, a ten powoli wstał. – Zabieram cię do domu. – i ruszyliśmy.
Wbiegając na polanę byłam już sama w siodle. Czarny Pan – bo tak postanowiłam nazywać nieznajomego – znikł w momencie gdy pojawiliśmy się na odsłoniętej przestrzeni. Kuran z gracją galopował w stronę stajni. Z oddali dostrzegłam, że w moim kierunku na białym koniu jedzie wuj z latarkę w ręku. Kuran zatrzymał się, przyklęk abym mogła z niego zjeść i wyprostował się dumnie.
- Rose – wuj miał głos pełen ulgi. – Wysłałem wszystkich aby cię zaczęli szukać w parku. Dzięki Bogu nic ci się nie stało. – spojrzał na mojego konia- Co za diabelski podmiot…
- Nie mów tak na niego! Wystraszył się tylko.
- Nie wystraszył się. Ten koń niczego się nie boji, nawet samego szatana. Kazał ci ją zabrać, prawda? – spojrzał koniu prosto w oczu. Później odwrócił się do mnie i zapytał. – Gdzie cię ten koń zabrał? Spotkałaś tam kogoś? – koń prychnął.
- Jakaś polane przy strumyku, ale… nikogo tam nie było.
- Darcy! – krzyknął ktoś. Okazało się, że to młody mężczyzna o niebieskich oczach i jasnych blond – prawie białych – włosach, które spadały mu na ramiona. – Wszyscy powoli wracają – zdawał się mnie nie zauważyć – nigdzie nie mogą jej znaleźć…
- Sama się znalazła, Jace – przerwał mu wuj i spojrzał na mnie z uśmiechem.
Więc to był Jace, pomyślałam.
Jace zsiadł z konia i podszedł do mnie, był o 20 cm wyższy ode mnie.
- Wiesz jakiego zamieszania narobiłaś?! – krzyknął.
- Ale ja…
- Cała służba cię szukała! Darcy, Lilian, Sebastian, Kyle, ja…
- Zostaw ją – ni stąd ni z owąd pojawił się Sebastian. Jak zwykle był ubrany w koszule. Tym razem czerwoną. – To nie jej wina, że koń wystrzelił jak z procy i popędził Bóg wie gdzie.
- Chłopcy ! – skarciła ich Lilian która szła w naszą stronę ze łzami w oczach. Miała na sobie dżinsy i biały top, nie sukienkę jak zawsze co mnie szczerze zaskoczyło. Ładnie jej tak było.
- Rose – zwrócił się do mnie wuj – możesz powtórzyć gdzie cię Kuran zabrał ?
- Na łąkę przy strumieniu..
- Ale w parku nie ma żadnej łąki, ani biegnącego tam strumienia. Bynajmniej nie w tej części parku. – zamyślił się wuj.
- Koń nie zdążył by kononać takiego dystansu w zaledwie dwie godziny - sprzeciwił się Jace myślą wuja Darciego.
- Muszę nad tym pomyśleć w spokoju. Najważniejsze, że mojej chrzestnicy nic się nie stało - uśmiechnłą się ciepło do mnie i Lilina. - Sebastianie czy mógłbyś wraz z Jacem zaprowadzić Rose do jej pokoju, prosze.

Rozdział 3

Obudziłam się zanim byliśmy na miejscu.
Jechaliśmy przez las… albo park.
- Mieszkacie w lesie? – zapytałam śpiącym głosem.
Lilian i Darcy zaśmiali się. Siedzieli naprzeciwko mnie, przytulając się.
- Nie, to jest nasz park – odpowiedział mi wuj – ciągnie się jakieś 5km.
Nasuwało mi się tyle pytań. Nie wiedziałam które mogę zadać jako następne.
- Mamy dużą posiadłość. – Oznajmiła Lilian.
- Zauważyłam. – uśmiechnęłam się.
Lilian odkąd ją poznałam – a znam ją dopiero od południa – zawsze była rozpromieniona, uśmiechnięta i była z tego jak widać optymistką. Chyba rozumiem, dlaczego wuj Darcy się w niej zakochał. Ale miłość nie jest dla mnie. Ten ból i przykrości… Nawet nie chce o tym myśleć. Ostatni raz miałam chłopaka w piątej klasie. Jak na razie nie myślę żeby znów go mieć.
- Długo jechaliśmy? – zwróciłam się do wuja Darcy.
- Osiem godzin. – odpowiedział.
- Jesteśmy dzisiaj wyjątkowo szybko. Jechaliśmy skrótami żeby nie męczyć ciebie i samych siebie podróżą. – powiedziała Lilian i otworzyła przyciskiem okno.
- Hmm… - zamyślił się i spojrzał znacząco no Lilian.
- Rose, musimy cię uprzedzić przed Jacem… Po prostu nie przejmuj się nim, dobrze?
- Może być o ciebie zazdrosny. Możliwe, że się nie spotkacie od razu. Spokojnie.
Okej? Kim był Jace? Ich służący? Stajenny? Może ktoś z rodziny? W każdym razie nie chciałam wypytywać o niego. Kazali mi się nie przejmować. Zastanowię się nad tym jutro.
Gdy wyjechaliśmy z parku ujrzałam przez okno piękny duży ogród, który znajdował się przed piękną wiktoriańską a zarazem nowoczesną budowlą. Wyglądał jak dwór. Był piękny.
Dwór był ogromny, trzy piętrowy, cały biały ze złotymi ozdobami na ścianach, dach czerwony. Z każdej strony był jeden duży balkon.
W niektórych pokojach świeciło się światło.
Kiedy wszyscy wysiedliśmy wuj Darcy poprosił Lilian żeby zaprowadziła mnie do mojego nowego pokoju.
- Proszę oto twój pokój. – Powiedziała Lilian i otworzyła mi drzwi. – Dasz sobie radę Rose?
- Tak, dzięki. – I zamknęłam drzwi.
Pierwsze co zrobiłam to przebrałam się w piżamę i zasnęłam.

***

Rano obudziły mnie promyki słońca muskające moją twarz, które wpadały przez wielkie łukowate okna. Przetarłam zmęczone oczy żeby przyzwyczaiły się do światła. Dopiero teraz mogłam obejrzeć dokładniej mój pokój, co miałam zrobić to wczoraj, ale byłam za bardzo zmęczona żeby to zrobić. Teraz nadrobię zaległości.
Pokój był duży i przestronny. Na ścianach miał położoną czerwona tapeta na której były czarne wzory. Miałam duże łóżko – nie składało się na szczęście -, czerwone zasłony wisiały po obu stronach okien, dużą szafę, komodę, biurko – z komputerem oczywiście – i fotel, pustą półkę na książki, domyślam się jednak, że pozwolą mi ją zapełnić moimi ulubionymi książkami.
Tak więc obejrzawszy mój pokój, wstałam i rozpakowałam moją torbę i się ubrałam.
Nie wiedziałam gdzie iść, więc postanowiłam nie ruszać się nigdzie z pokoju.
Podeszłam do balkonowych drzwi i je otworzyłam. Przyjemne powietrze ogarnęło mnie całą. Tak jak wspomniałam wcześniej balkony były naprawdę duże i były w kształcie półkola. Oparłam ręce o marmurową ‘’barierkę’’ – cokolwiek to było – i moim oczom ukazał się piękny i rozległy ogród, któremu wczoraj nie mogłam się dobrze przyjrzeć, ponieważ było zbyt ciemno. Różnorodne drzewka i krzewy, basen, fontanna, w oddali kicały zajączki albo króliczki – zapewne oswojone -, pod moim balkonem pięły się piękne krwistoczerwone różę. Dopiero teraz zauważyłam że obok mojego balkonu roście duży i stary dąb, a ścianie pokrywa bluszcz, który dodawał dworowi uroku.
Lilian miała rację. Od razu pokochałam to magiczne miejsce. Wyobraziłam sobie, że to wszystko należy do mnie, że jestem księżniczką, która panuje sama w tym pięknym bajkowym świecie.
- Miło, że już wstałaś. Podoba ci się Rose? – Lilian położyła dłoń na moim ramieniu przy czym wyrwała mnie z moich skrytych i zabawnych marzeń.
- Tak, jest pięknie. – Zachwycałam się nadal.
- Wiedziałam, że ci się spodoba – uśmiechnęła się. – Pora coś zjeść. Na co masz ochotę? Chodź pójdziemy do salonu, a później wybierzemy dla ciebie odpowiedniego konia. Co ty na to kochana?
- Chętnie. – I wyszłyśmy z mojej komnaty ruszając schodami w dół.
Moje oczy pochłaniały każdy szczegół. Korytarze – a raczej każde piętro – było wyłożone inną tapetą, ale w podobnych odcieniach, miały te same kafelki – czarno-białe, jak szachownica. Na ścianach wisiały obrazy i portrety.  Zapewne to były portrety dawnych właścicieli i rodziny. Stały też zabytkowe zbroje rycerskie. Schody były bardzo szerokie i drewniane, które były wyłożone czerwonym dywanem w złote wzory. To wszystko dodawało uroku wnętrzu.

***


Po śniadaniu tak jak powiedziała Lilian poszłyśmy do stadniny.
Stadnina znajdowała się za mniejszym parkiem, który na pewno nie ciągnął się jakieś pięć kilometrów.
Konie biegały w dużych drewnianych ogrodzeniach – jak na Dzikim Zachodzie. Koni było mnóstwo, mogłabym podejrzewać, że jest ich tu ponad setka. Obok stadniny znajdowała się stodoła – drewniana tak jak i stadnina.
Tak jak myślałam. Koni jest naprawdę dużo, pomyślałam.
Szłyśmy od boksu do boku, żebym mogła obejrzeć każdego konia – w boksach znajdowały się ujeżdżane konie i te które jeździły na konkursy, zawody i wyścigi.
- Spodobał ci się któryś? – zapytała w końcu Lilian.
- Nooo… Nie do końca… - przyznałam śmiało.
- To nic, wiem który może ci się spodobać. – mrugnęła do mnie. – Chodź do stodoły.
Tak więc opuściłyśmy stadninę i zmierzyłyśmy po kamiennej Ścieszce do stodoły.
W stodole było bardzo dużo kurzu – mogłam się tego domyślić – i dużo… słomy i różnych innych potrzebnych rzeczy.
Moich i Lilian uszu dobiegł szelest z góry.
- O mój Boże! – krzyknęła Lilian. – Sebastian co ty tu robisz?! Matko! Jeszcze w koszuli…
- Cześć ciociu. – przywitał się. – Wiesz, że lubię spędzać tu swój wolny czas.
- Tak, wiem. – Posłała mu ciepły uśmiech. – To jest Rosalie, chrzestnica pana Darcy. Rose to jest Sebastian, mój daleki kuzyn.
- Witaj. – Przywitał się grzecznie, ujął moją dłoń i pocałował ją delikatnie nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Miło mi cię poznać… - Wykrztusiłam zawstydzona.
Sebastian był naprawdę pięknej urody. Wysoki, dobrze zbudowany, na zielone oczy spadały mu kosmyki złotych loczków. Był ubrany w koszulę w czarno-zieloną kratę do tego jeansy.
- Sebastianie, czy mi się wydaje, czy nie powinieneś mieć teraz lekcji języka francuskiego? – przypomniała mu.
- Tak, tak. Już idę. – Uśmiechnął się do mnie i wyszedł.
- Miły, prawda? – zapytała.
- Bardzo.
Podeszłyśmy do jedynego boksu, który się tu znajdował. Był w nim piękny czarny koń z białą gwiazdką na czole.
- Jest piękny… - wyszeptałam i potem dodałam głośniej – chce tego konia.
- Piękny wierzchowiec, przyznaję. – westchnęła Lilian.
- Jak się nazywa?
- Kuran.
Coś mi to mówi.
- Dlaczego tak?
- Nie wiem czy mogę ci powiedzieć. – Powiedziała tak cicho, że musiałam się domyślać słów.
- Obiecuję, że nikomu o tym nie powiem.
- Nie o to chodzi…
- A o co?
- Chodzi o to, że Darcy nie kazał mi ci mówić o tej… legendzie.
- Wuj się o tym nie dowie. Proszę… Lilian powiedz mi. – Prosiłam.
Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
- Proszę…
- No dobrze. To imię pochodzi od nazwiska pierwszego właściciela tego konia – zaczęła – To nie byle jaki Kon, Rose. On był tu przed nami wszystkimi. Jego właściciel to Kaname Kuran…
- Kaname Kuran? To tak jak ten z Vampire Knight?
- Co? – spojrzała na mnie rozbawiona.
- No japońskie imię…
- Tak masz rację to japońskie imię. Pan Kuran nie pochodził z Japonii. Tak w ogóle to nikt nie wiedział skąd on pochodzi. Nikt nie wiedział kim jest. Ale wszyscy mówili o jego nieziemskiej urodzie. Podobno był piękny jak anioł.
Anioł zemsty, pomyślałam przypominając sobie ostatnio przeczytaną książkę.
 - Przyjechał, kupił tą posiadłość i odnowił. Jak pewnie sama się domyślasz przywiózł ze sobą konia. Był dziki i niebezpieczny, tylko jego pan mógł na niego wsiąść i do niego podejść.
Pan Kuran przywiózł ze sobą piękną kobietę panią jego serca Sayurii. Byli szczęśliwi.  Pewnego razu pani bujała się na huśtawce. Ni stąd ni zowąd przyszła straszliwa burza. Piorun uderzył w konar drzewa na której bujała się pani Sayurii. Zginęła. Pochowano ją, gdzieś w tym parku. Ale park jest tak wielki, że grobu znaleziono do dziś. Jedyną osobą, która wie gdzie się znajduje grób jest sam Kaname Kuran.
- To on żyje? – przerwałam.
- Chodzi pogłoska, że żyję. I stał się…. nieśmiertelny…
Wytrzeszczyłam oczy, ale zaraz odwróciłam się, żeby tego Lilian nie widziała.
- Co noc przybywa do swego konia i z nim rozmawia. Nasze służące i sprzątaczki mówią, że pan Kuran przechadza się korytarzami i wchodzi do pokoi.
- A jaki ma to związek z tym koniem?
- Temu koniu nic się nie może stać. Można powiedzieć, że jest niezniszczalny.
Na co koń prychnął, jakby chciał potwierdzić słowa Lilian.
- Jest tu odkąd sprowadził się pan Kuran i Sayurii?
- Tak i nikt nie wie, jak długo pożyje nasz kochany Kuran – Kon podszedł i spojrzał na mnie.
- Co się stało z Kaname Kuran? – zaciekawiłam się.
- To tylko jakaś legęda, historyjka. Trochę kłamstwa i ziarenko prawdy. Nie masz się czym przejmować. Więc zostaje ten koń?
- Tak, a czy go ktoś już dosiadł?
- twój wuj. Darcy. Chodźmy na obiad.
Pogłaskałam konia i poszłam za Lilian. Kuran zarżał, jakby chciał żebym została.
- Ona wróci. – usłyszałam melodyjny głos.
Odwróciłam się, aby sprawdzić kto to powiedział, ale nikogo nie zauważyłam.
To pewnie Sebastian nie poszedł na lekcje, pomyślałam.

Rozdział 2

Wstałam wcześnie rano, dlatego że dręczyły mnie okropne koszmary.
Szłam ciemnym korytarzem. Było zimno. Przede mną były delikatnie uchylone drzwi z pokoju z którego wydobywało się przyćmione światło. Ale kiedy doszłam do tych drzwi, coś się wydarzyło – coś czego nie pamiętam – i coś przez co się obudziłam.
Odgarnęłam czarne, mokre kosmyki włosów z oczu. Wstałam i przeszłam przez pokój do łazienki.
Zimny prysznic dobrze mi zrobi, pomyślałam.
Faktycznie, od razu poczułam się lepiej. Zawinięta w szlafrok usiadłam na brzegu łóżka i sięgnęłam po telefon. Napisałam do Alexa: Śpisz? – brzmiał mój sms’s. Chwilę po wysłaniu sms’a ktoś cichutko zapukał do drzwi. Nie odpowiedziałam, nie chciałam się zdradzić, że już nie śpię.
- To ja Alex! – Szepnął.
Zerwałam się z łóżka i podbiegłam do drzwi, aby je odkluczyć i wpuścić do środka mojego przyjaciela.
- Czy coś się stało? – Zapytał zaniepokojony.
- Nie, dlaczego pytasz?
- Wysłałaś wiadomość na mój telefon. – Przypomniał mi.
- Mam nadzieję, że cię nie obudziłam. – Powoli zaczynałam mieć wyrzuty sumienia.
- Nie. Szczerze nie mogłem zasnąć, więc do tej pory nie spałem.
- Też nie mogłam spać…
- Przez koszmary?
Kiwnęłam głową.
- Nadal cię dręczą?
- Taaa… Ale nie jest źle, nawet…
- To dowiem się, dlaczego mnie ‘’obudziłaś”?
- Nie wiem. Czułam się samotna. Dzisiaj jest TEN DZIEŃ.
- Oj. – Uśmiechnął się delikatnie. – Ubierz się i pogadamy.
Podeszłam do fotela na którym wisiały moje rzeczy na drogę. Ubrałam się w białą bluzkę na krótki rękaw z czarnym napisem ‘’Black Queen”, jeansowe spodenki i do tego czarne vansy.
- Nie będzie ci przeszkadzało jak będę suszyć włosy? – Zapytałam.
- Nie. Tylko nie obudź Greace. – Doradził.
Wysuszyłam szybko moje kruczoczarne włosy. Przyznam, że suszenie moich włosów to bardzo pracochłonne zajęcie ponieważ są długie, ale dziś zadziwiająco szybko się z nimi uwinęłam. Alex usiadł na fotelu gdzie leżały moje rzeczy. Żal za serce mnie ścisnął, kiedy przypomniałam sobie że będę musiała zostawić Alexa i ciocię Greace tak bardzo uwielbiałam Londyn. A miałam się niebawem zamieszkać w miasteczku Richmond, w którym znajdowała się siedziba mojego nowego opiekuna.
- Będę za tobą tęsknić – wyksztusiłam – za tobą i Greace… Dobrze, że masz Kate – Kate to dziewczyna Alexa – przynajmniej ona ci przemówi do rozsądku.
Spochmurniał.
- Co jest?
- No bo… Zerwaliśmy z Kate.
To był dla mnie ogromny szok. Zawsze kiedy tu przyjeżdżałam Alex i Kate byli nierozłączni, dotyczy to okresu nawet zanim zaczęli chodzić do szkoły.
- No nie wierze! – wykrzyknęłam zdumiona – Co się stało?
- Powiedzmy, że wolała innego…
Widziałam, że nie chce ciągnąc tego tematu, więc nie zamierzałam wyciągać z niego jakichkolwiek informacji.
- No dobrze… Powiem tylko, że Kate nie wie co straciła. – Uśmiechnęłam się.
***
Godzinę przed moim odjazdem znieśliśmy z Alexem wszystko na dół żeby było łatwiej zabrać moje rzeczy. Nie było tego duże zaledwie dwie torby z rzeczami i trzy pudełka z moimi drobiazgami.
Starałam się przez cały ten czas ukryć smutek i łzy, więc płakałam po kątach w domu żeby nikt nie widział. Poszłam porozmawiać przed odjazdem z ciocią Grace, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
- Alex, gdzie jest twoja mama?
Rozejrzał się dookoła.
- Tu jej nie ma w każdym razie, sprawdzałaś w innych pokojach? Może w kuchni?
- Już wszędzie byłam. Może jest za domem w ogrodzie na ławce…
- Tak może masz rację… Idź sprawdzić.
Zdziwiłam się dlaczego Alex tak szybko mnie odprawił, ale zatrzymałam się w korytarzu i podsłuchałam. I to co usłyszałam nie mogłam uwierzyć! Alex płakał! Chciałam iść i go pocieszyć, jak przystało na dobrą przyjaciółkę, ale wydałoby się, że podsłuchiwałam. Tak wiec ruszyłam do ogrodu. Miałam rację tutaj znajdowała się ciocia Greace.
- Ciociu! Wszędzie cię szukałam. – Krzyknęłam i podbiegłam do niej.
- Przepraszam. Chciałam trochę ochłonąć. Wiesz, Alex jest dzisiaj zadziwiająco nieznośny – zaśmiała się – ale to chyba przez ten twój wyjazd. Zdążył się do ciebie przywiązać, zawsze chciał mieć młodszą siostrę.
- Tak – zgodziłam się – ale to nie znaczy, że przestanę nią być. Może i nie jestem jego prawdziwą siostrą, ale to nie znaczy, że przez przeprowadzę ma coś się zmienić.
- Do niego najwyraźniej to nie dociera. Ale ochłonie… nie masz się o co martwić. – Zamilkła. – Rose? Kiedy już będziesz w Richmond, proszę, uważaj na siebie, dobrze? Dom jest ogromny…
- Spokojnie, ciociu. Nie zamierzam ruszać się dalej niż mój pokój. Wątpie żebym kogoś tam szybko poznała.
Naszych uszu dobiegło klakson samochodu.
- Witamy w piekle… - zamruczałam pod nosem.
- Och! Rosalie! Zachowuj się. – Skarciła mnie ciocia.
***

Przed domem stała długa czarna limuzyna. Od strony wysiadł pan Rockwok i otworzył tylnie drzwi, które znajdowały się za siedzeniem pasażera.
Wsiadła za nim młoda pani, około trzydziestu lat. Była ubrana w krótką do kolan różową sukienkę i białe na szpilce buty, cerę miała jasną, włosy złote upięte w wysokiego koka. Za nią wysiadł wysoki mężczyzna w białej koszuli i czarnych spodniach od garnituru, włosy miał czarne zaczesane gładko do tyłu – wyglądem przypominał młodego Jeamsa Bonda – uśmiechnął się na nasz widok.
Śmiało podeszli do cioci Greace i się przywitali, następnie do mnie.
- To jest Rosalie. – Przedstawiła mnie państwu. – Rosalie to twój wuj Darcy Simons a to jego… - przerwała.
- Moja żona Lilian Simons. – Dokończył.
- Bardzo miło nam jest cię poznać Rose. – powiedziała Lilian, głos miała bardzo delikatny i spokojny. Z miejsca ją polubiłam.
- Mi również miło was poznać. – Odpowiedziałam grzecznie.
- Jaka miła. – Cieszyła się Lilian.
- Tak mi przykro, że nie mogliśmy się wcześniej Rosalie spotkać… - mówił wuj.
- Rose… - poprawiłam oschle.
- Rose. – uśmiechnął się do mnie.
- Na pewno wuju miałeś ku temu jakieś powody. – Powiedziałam szorstko.
Ciocia widząc, że zaczynam się denerwować przerwała nam i powiedziała:
- Może się czegoś napijecie? Na pewno jesteście zmęczeni po podróży.
- Dziękujemy, ja poproszę kawę. – odpowiedział Darcy.
- A ja herbatę. – Powiedziała Lilian.
- A ty, aniołeczku? – Zwróciła się do mnie ciocia.
- Ja nic nie chcę.
Zaprowadziła nas do kuchni. I kazała gościom się rozgościć i usiąść przy stole. Widziałam, że cioci – tak samo jak mi - spodobała się Lilian. Dużo ze sobą rozmawiały. 
Wuj Darcy szepnął coś Lilian na ucho.
- Rose – powiedziała – możemy porozmawiać na osobności?
- Tak.
Wyszłyśmy przed dom, zaproponowałam żebyśmy poszły na ławkę do ogrodu, zgodziła się. Lilian była bardzo sympatyczna niż się spodziewałam.
- Chciałam, żebyśmy wyszły dlatego, że Darcy chciał porozmawiać z twoją ciocią. – zauważyłam moje zakłopotanie. – Żeby nie sprawiało ci kłopotu możesz się do mnie zwracać Lilian.
- Okej…
- Zobaczysz spodoba ci się w Richmond! Pokochasz to miejsce, jest cudowne i ma w sobie magię. Znajdziesz tam sobie szybko towarzystwo, zobaczysz. Mamy tam stadninę koni, dostaniesz którego będziesz chciała konia – klasnęła z zadowoleniem w dłonie, była taka zadowolona.
- Szczerze… nie umiem jeździć konno. – wyznałam.
- Nic nie szkodzi. Nasz stajenny nauczy cię jeździć. Polubisz konie.
- Nie chodzi o to, że nie lubię koni. Po prostu się ich boję.
- Jak można się bać takich miłych stworzonek? – zaśmiała się Lilian.
- Najwidoczniej się da…
- Twój wuj bardzo się cieszy, że z nami zamieszkasz. Widzę że ci się to nie podoba, ale Darcy tak bardzo chciał cię poznać i się tobą zaopiekować. Będziesz miała wszystko czego chcesz. Nasz dwór jest ogromny, dostaniesz pokój który ci się spodoba.
- Dziękuje…
- Może już wrócimy? – zapytała.
- Tak, czemu nie.
Ruszyłyśmy do domu.
W kuchni dołączył do mnie Alex, który porwał mnie od razu na górę. Chciał spędzić ze mną trochę czasu, który nam został. Poświęciliśmy ten czas no rozmowy i wspominanie śmiesznych sytuacji. Co z resztą poprawiło mi humor i zapomniałam o koszmarach sennych. Opowiedziałam mu również o rozmowie z Lilian. Stwierdził, że nie mam się czym przejmować w takim razie.
Mój piękny raj zakłóciła ciocia Greace, która zawołała mnie na dół, bo wuj Darcy i Lilian chcieli wyjechać zanim się ściemni. Mimo tego, że było dopiero po drugiej. Posłusznie zeszłam na dół – a ze mną oczywiście Alex – i pożegnałam się z ciocią i przyjacielem. Pan Rockwok przytrzymał mi drzwi od auta i zamknął je kiedy wsiadłam.
- Spodoba ci się Richmond. – powiedział wuj Darcy.
Już to słyszałam, pomyślałam.
- Nie wątpię.
I skończyła się nasza rozmowa. Państwo Simons zajęci rozmową zupełnie o mnie zapomnieli, co mi się spodobało. Włożyłam słuchawki i włączyłam muzykę w moim iPodzie.
I zasnęłam. 

Rozdział 1


Rozejrzałam się zaspana po moim pokoju. Nic się w nim nie zmieniło.
Wciąż te same brzoskwiniowe ściany, drewniana komoda, pomarańczowo-żółty szmaciany dywanik, szafa, biurko, łóżko – na którym właśnie leżę.  Zero zmian.
Nie mogąc już spać zeszłam na dół do kuchni - nie przebierając się  z piżamki - mając nadzieję, że ciocia już nie śpi i wyjaśni mi zaistniałą sytuację, która panowała w tym domu od tygodnia.
Schodząc po schodach zauważyłam, że panuje w całym domu grobowa cisza. Zastanawiałam się co ją spowodowało, a może ciocia i Alex jeszcze śpią? Nie zastanawiając się dłużej weszłam do kuchni.
Jakie zdziwienie mnie tam zastało! Przy stole siedziała ciocia Grace, a nad nią się pochylał starszy – nieznajomy mi pan – i nad czymś się sprzeczali. Przyglądałam się tej scenie sparaliżowana strachem. Obecny tu mężczyzna był stary, ubrany elegancko w czarny garnitur i czarne okulary. Przyglądałam mu się zaciekawiona. Niespodziewanie spojrzał się w moja stronę. Wydawałoby się, że mnie najpierw nie zauważył, lecz potem uśmiechnął się grzecznie.
- Ach! To zapewnie nasza droga Rosalie! – Zachwycił się nieznajomy gość.
Ciocia spojrzała w moją stronę. Przez jej twarz przemknął cień przerażenia, smutku na koniec jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
- Dzień dobry. – Przywitałam się z zakłopotaniem, uświadamiając sobie, że jestem w piżamce.
- Witaj Rose – powitała mnie ciocia i odwróciła się do gościa – mam nadzieję, że już wszystko ustaliliśmy panie Rockwok i dotrzymam danego słowa. Pora żeby pan już sobie poszedł. – Zakończyła chłodno.
- Tak. Masz w zupełności rację Grace. Niedługo znów to zabawię. – Ukłonił się delikatnie i zwrócił się do mnie. – Miło mi było cię poznać Rosalie, do zobaczenia niedługo. – Po tych słowach ciocia odprowadziła pana Rockwok’a do drzwi.
Słyszałam jak jeszcze zamieniają parę zdań. O ile się nie przesłyszałam ciocia Grace użyła słowa: niebezpieczny, ale nie dosłyszałam o co lub kogo chodziło. Nie zaprzątając sobie zbytnio tym głowy usiadłam przy stole czekając na ciocię.
Myślami odpłynęłam daleko zastanawiając się, co też tej nocy mogło mi się przyśnić. Z zamyśleń wyrwała mnie ciotka, która siadała na krzesełku po przeciwnej stronie, na wprost mnie.
- Ciociu, co to był za człowiek? – zapytałam na rozgrzewkę przed dalszymi pytaniami.
Milczała przez chwilę. Zapewne nie zastanawiała się ile może mi powiedzieć, a co lepiej zatrzymać dla siebie. Zawsze tak robiła, ale nie miałam jej tego za złe.
- Rose, nie będę cię oszukiwać i powiem ci wszystko, żebyś była gotowa. – Powiedziała poważnym głosem ciocia Grace.
Gotowa? Gotowa na co? To mnie zaniepokoiło.
- To znaczy? – dążyłam.
- To był, jak sama słyszałaś pan Rockwok – ciągnęła dalej – jest lokajem twojego dalekiego wujostwa, które nie jest spokrewnione z naszą rodziną, mimo to do niej należą. Ale z tego co mi wiadomo, wuj Darcy jest twoim chrzestnym.
 Chrzestnym? To wszystko wyjaśnia, dlaczego nikt mi nigdy o nim nie wspominał skoro nie należy do rodziny. Ale mimo to powinni mi o nim coś napomknąć ze względu na to, że jest moim chrzestnym.
- Nadal nie rozumiem…
- Chodzi o to, że po śmierci twoich rodziców…
- Moi rodzice nie żyją od półtora roku, jaki to ma związek z nimi? – przerwałam jej niegrzecznie.
Nie lubiłam, gdy ktoś wspominał mi o rodzicach. Zginęli oni w wypadku samochodowym – we wakacje – kiedy wracali z Francji. Nadal za nimi tęskniłam i nie potrafiłam znieść myśli, że ich przy mnie nie ma.
- Darcy… Wuj Darcy dowiedział się o tym strasznym wypadku i postanowił wziąć cię pod swoje skrzydła. I z tego powodu skontaktował się ze mną osobiście miesiąc temu, czy wyrażę zgodę na oddanie mu ciebie. Oczywiście się nie zgodziłam, nie mając pewności w jakich żyje warunkach, czy też nie jest jakimś pijakiem. – Zamyśliła się na chwile po czym kontynuowała dalej. – Niestety myliłam się. Twój wuj jest bardzo przyzwoitym dżentelmenem, bogatym dżentelmenem. I niestety ma większe prawa do opieki nad tobą niż ja… - widząc moją reakcję natychmiast starała się mnie pocieszyć, ale nie dałam jej dojść do słowa.
- Nie możesz mnie oddać! Nie możesz! Ja nawet go nie znam! – do moich oczu cisnęły się łzy.
- Spokojnie Rose. To naprawdę sympatyczny mężczyzna, ma żonę, ale nie ma dzieci. Z tego powodu chce się tobą zaopiekować. Nie patrz tak na mnie! Musiałam się zgodzić, ale pod jednym warunkiem, że będę cię odwiedzać. Zgodził się, słyszysz Rose? Na Boga! Nie płącz mi tutaj kochanie!
Nie mogłam opanować łez.
- Gdy rodzice żyli to nawet się mną nie zainteresował! I tylko dlatego, że nie ma dzieci przypomniał sobie o mnie?! Czy może być coś jeszcze gorszego?! – Spojrzałam na twarz cioci. – Jest coś jeszcze… Co to jest?
- Wuj jutro po ciebie przyjeżdża. Właśnie dlatego był tu pan Rockwok. Miał mnie powiadomić, że masz byś spakowana, bo jutro po południu przyjedzie po ciebie Darcy.
Nie mając najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie tych bzdur, wbiegłam po schodach do swojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami i zamknęłam się na klucz. – nie obchodziło mnie czy obudzę Alexa – rzuciłam się na łóżko, szlochając w poduszki.
Alex to mój kuzyn. Jest ode mnie starszy, a tak konkretnie to ma dwadzieścia jeden lat.
Ciocia poszła śladami za mną. Nacisnęła na klamkę od drzwi, lecz nie mogła ich otworzyć.
- Rose! – krzyczała – Otwórz mi te drzwi! Słyszysz? Otwórz, proszę! Chce z tobą jeszcze porozmawiać.
Błagała i prosiła mnie. Nie odpowiadałam. Nie potrafiłam jej wybaczyć, że mnie oddała nieznanemu mi chrzestnemu.
Błaganiem i proszeniem obudziła Alexa, bo usłyszałam ich rozmowę.
- Mamo, co się dzieje? – Zapytał zaspanym głosem.
- Powiedziałam jej o panu Darcym, że jej wuj chce ją wziąć do siebie. Zamknęła się i nie chce mnie do siebie wpuścić.
- Mamo, pozwól mi, że porozmawiam z Rosalie. Proszę. Zaufaj mi.
Usłyszałam kroki na schodach. To znaczy, że ciocia poszła na dół. Było mi trochę szkoda tego jak ją potraktowałam, ale jak ona mogła mi to zrobić? Jak mogła mi o tym wszystkim powiedzieć dzień przed wyprowadzką?
zapukał ktoś delikatnie w drzwi i chwycił za klamkę.
- Rose? – zapytał.
- Alex! Idź sobie! – krzyczałam.
- Wpuść mnie. Jestem sam.
Jak bym nie wiedziała, pomyślałam.
- Chce tyko z tobą porozmawiać, otwórz mi. Jestem twoim przyjacielem, pamiętasz?
dałam się przekonać. Po cichu podeszłam do drzwi. Przez chwilę się wahałam nad tym czy na pewno chce go wpuścić.
Uchyliłam trochę drzwi.
- Czego chcesz?
- Wpuścisz mnie? Chce tylko porozmawiać. – Spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami.
Musiałam w duchu przyznać, że mój kuzyn był niezwykłej urody. Wysoki, wysportowany, dobrze zbudowany. Ciemne włosy, zielone oczy, delikatna brązowa cera. Istny ideał dla dziewczyn. Ale dla mnie to był najlepszy przyjaciel pod Słońcem.
 - Wejdź. – Otworzyłam mu szerzej drzwi.
Miałam zasłonięte rolety, więc w moim pokoju było trochę ciemno.
Alex usiadł wygodnie na moim łóżku, które zdążyłam w między czasie poprawnie zaścielić. Podeszłam i usiadłam obok niego.
Milczeliśmy chyba przez dziesięć minut. W końcu się odezwał.
- Na pewno wiesz, że wszystko wiedziałem…
- Nie musisz mnie uświadamiać, jakim jesteś zdrajcą.
- Przykro mi, że uważasz mnie za zdrajcę. Robiłem to wszystkiego żeby cię chronić, po za tym mama nie kazała ci nic mówić. Sama wiesz jaka jest.
Tak, Grace jest stanowcza.
- Ale jak na dobrego przyjaciela przystało powinieneś mi powiedzieć! – upierałam się.
Westchnął. Przysunął mnie do siebie i posadził sobie na kolana, tak jakbym była małą dziewczynką. Zawsze tak robił, kiedy widział, że nie dam się przekonać.
- Rose. Wiesz doskonale, że bym ci powiedział wszystko. Ufam ci, powierzam moje sekrety, radzę się ciebie. A ty w tym momencie we mnie wątpisz? Myślisz, że chciałem to przed tobą ukryć? Spójrz na mnie i mi szczerze odpowiedz.
Uparcie wpatrywałam się w podłogę. Nie chciałam żeby widział bezsilność w moich oczach. Widząc, że nie zamierzam spojrzeć na niego, wziął mnie pod brodę.
- Odpowiedz mi. – Ponaglił.
- Alex! Ty nic nie rozumiesz. To nie ty musisz stąd wyjeżdżać jutro. To nie ty straciłeś rodziców i to nie ty dowiedziałeś się o swoim chrzestnym. Ja go nawet nie znam, boje się. Co zrobię jak mnie nie polubi ze swoją żoną?
Widziałam jak pohamowuje się od wybuchnięcia śmiechem.
- Powiedz mi kto cię nie lubi? Wszyscy cię uwielbiają, jesteś wspaniałą dziewczyną! Nie mówię tego jako twój kuzyn czy przyjaciel, tylko jako chłopak. A uwierz mi znam się na dziewczynach. – Puścił mi oczko. – Nie masz się czym martwić, Będziemy cię z mamą odwiedzać, obiecuję. – Pocałował mnie w policzek, a ja się w niego wtuliłam, tak jak zawsze gdy byłam smutna. Czułam, że i on jest smutny z tego powodu, że muszę stąd wyjechać.
- Ale pomożesz mi się spakować?  -zapytałam próbując go rozweselić.
Tak jak zamierzałam, wybuchł głośnym śmiechem.
- Jasne, mała królewno. Bierzmy się do pakowania.
                                                                      ***

Pakowanie moich rzeczy zajęło nam całe przed południe i całe po południe.
W między czasie zdążyłam się pogodzić z ciocią Greace. Tak więc wszyscy troje krzątaliśmy się po domu szukając kartonów na moje rzeczy.
Czas minął szybko, więc powoli zbliżał się wieczór.
- Jaki ja jestem zmęczony. – Powiedział Alex. – Wykorzystujesz mnie Rose.
Ciocia zachichotała.
- Przesadzasz. A może jesteś za stary, co Alex? – zażartowałam.
- Młoda!
- Dzieciaki, co powiecie na pizze? – zapytała ciocia.
Spojrzeliśmy na siebie z Alexem i jedno głośnie odpowiedzieliśmy:
- Pizza Funny! – Była to pizzeria na River Street. Bywaliśmy tu dwa razy w miesiącu odkąd zamieszkałam z ciocią Greace i Alexem.
W pizzeri spędziliśmy dobre dwie godziny. Wracając do domu można było zauważyć na niebie , jak jasno świecą gwiazdy na niebie.
Będąc w domu wszyscy wzięliśmy gorący prysznic i położyliśmy się spać.
Alex zajrzał do mnie zanim zdążyłam zasnąć.
- Śpisz? – zapytał spoglądając zza uchylonych drzwi.
- Nieee. – Ziewnęłam. – Czy stało się coś ważnego?
- Po prostu chciałem ci powiedzieć dobranoc.
- Miło mi, ale wiesz… zawsze to robisz.
Podszedł do mnie i pocałował w czoło.
- Wiem. Dobranoc. – rzekł wychodząc.
- Dobranoc, Alex.
Zasnęłam szybko, tak jak przypuszczałam. I tak jak przypuszczałam dręczyły mnie tej nocy koszmary. 

Prolog



Mając piętnaście lat nie wiedziałam, że będę musiała się wyprowadzić i porzucić rodzinny dom. Przeprowadzając się do wielkiego i mrocznego dworu pełnego tajemnic.
Rodzina. To nie zawsze pokrewieństwo czy więzy krwi. Uświadomię to sobie dopiero wtedy kiedy stracę wszystko na czym mi zależy i kiedy zostanie mi tylko zakazana miłość do wroga mojej rodziny. Jak to wszystko się zakończy?