sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 1


Rozejrzałam się zaspana po moim pokoju. Nic się w nim nie zmieniło.
Wciąż te same brzoskwiniowe ściany, drewniana komoda, pomarańczowo-żółty szmaciany dywanik, szafa, biurko, łóżko – na którym właśnie leżę.  Zero zmian.
Nie mogąc już spać zeszłam na dół do kuchni - nie przebierając się  z piżamki - mając nadzieję, że ciocia już nie śpi i wyjaśni mi zaistniałą sytuację, która panowała w tym domu od tygodnia.
Schodząc po schodach zauważyłam, że panuje w całym domu grobowa cisza. Zastanawiałam się co ją spowodowało, a może ciocia i Alex jeszcze śpią? Nie zastanawiając się dłużej weszłam do kuchni.
Jakie zdziwienie mnie tam zastało! Przy stole siedziała ciocia Grace, a nad nią się pochylał starszy – nieznajomy mi pan – i nad czymś się sprzeczali. Przyglądałam się tej scenie sparaliżowana strachem. Obecny tu mężczyzna był stary, ubrany elegancko w czarny garnitur i czarne okulary. Przyglądałam mu się zaciekawiona. Niespodziewanie spojrzał się w moja stronę. Wydawałoby się, że mnie najpierw nie zauważył, lecz potem uśmiechnął się grzecznie.
- Ach! To zapewnie nasza droga Rosalie! – Zachwycił się nieznajomy gość.
Ciocia spojrzała w moją stronę. Przez jej twarz przemknął cień przerażenia, smutku na koniec jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
- Dzień dobry. – Przywitałam się z zakłopotaniem, uświadamiając sobie, że jestem w piżamce.
- Witaj Rose – powitała mnie ciocia i odwróciła się do gościa – mam nadzieję, że już wszystko ustaliliśmy panie Rockwok i dotrzymam danego słowa. Pora żeby pan już sobie poszedł. – Zakończyła chłodno.
- Tak. Masz w zupełności rację Grace. Niedługo znów to zabawię. – Ukłonił się delikatnie i zwrócił się do mnie. – Miło mi było cię poznać Rosalie, do zobaczenia niedługo. – Po tych słowach ciocia odprowadziła pana Rockwok’a do drzwi.
Słyszałam jak jeszcze zamieniają parę zdań. O ile się nie przesłyszałam ciocia Grace użyła słowa: niebezpieczny, ale nie dosłyszałam o co lub kogo chodziło. Nie zaprzątając sobie zbytnio tym głowy usiadłam przy stole czekając na ciocię.
Myślami odpłynęłam daleko zastanawiając się, co też tej nocy mogło mi się przyśnić. Z zamyśleń wyrwała mnie ciotka, która siadała na krzesełku po przeciwnej stronie, na wprost mnie.
- Ciociu, co to był za człowiek? – zapytałam na rozgrzewkę przed dalszymi pytaniami.
Milczała przez chwilę. Zapewne nie zastanawiała się ile może mi powiedzieć, a co lepiej zatrzymać dla siebie. Zawsze tak robiła, ale nie miałam jej tego za złe.
- Rose, nie będę cię oszukiwać i powiem ci wszystko, żebyś była gotowa. – Powiedziała poważnym głosem ciocia Grace.
Gotowa? Gotowa na co? To mnie zaniepokoiło.
- To znaczy? – dążyłam.
- To był, jak sama słyszałaś pan Rockwok – ciągnęła dalej – jest lokajem twojego dalekiego wujostwa, które nie jest spokrewnione z naszą rodziną, mimo to do niej należą. Ale z tego co mi wiadomo, wuj Darcy jest twoim chrzestnym.
 Chrzestnym? To wszystko wyjaśnia, dlaczego nikt mi nigdy o nim nie wspominał skoro nie należy do rodziny. Ale mimo to powinni mi o nim coś napomknąć ze względu na to, że jest moim chrzestnym.
- Nadal nie rozumiem…
- Chodzi o to, że po śmierci twoich rodziców…
- Moi rodzice nie żyją od półtora roku, jaki to ma związek z nimi? – przerwałam jej niegrzecznie.
Nie lubiłam, gdy ktoś wspominał mi o rodzicach. Zginęli oni w wypadku samochodowym – we wakacje – kiedy wracali z Francji. Nadal za nimi tęskniłam i nie potrafiłam znieść myśli, że ich przy mnie nie ma.
- Darcy… Wuj Darcy dowiedział się o tym strasznym wypadku i postanowił wziąć cię pod swoje skrzydła. I z tego powodu skontaktował się ze mną osobiście miesiąc temu, czy wyrażę zgodę na oddanie mu ciebie. Oczywiście się nie zgodziłam, nie mając pewności w jakich żyje warunkach, czy też nie jest jakimś pijakiem. – Zamyśliła się na chwile po czym kontynuowała dalej. – Niestety myliłam się. Twój wuj jest bardzo przyzwoitym dżentelmenem, bogatym dżentelmenem. I niestety ma większe prawa do opieki nad tobą niż ja… - widząc moją reakcję natychmiast starała się mnie pocieszyć, ale nie dałam jej dojść do słowa.
- Nie możesz mnie oddać! Nie możesz! Ja nawet go nie znam! – do moich oczu cisnęły się łzy.
- Spokojnie Rose. To naprawdę sympatyczny mężczyzna, ma żonę, ale nie ma dzieci. Z tego powodu chce się tobą zaopiekować. Nie patrz tak na mnie! Musiałam się zgodzić, ale pod jednym warunkiem, że będę cię odwiedzać. Zgodził się, słyszysz Rose? Na Boga! Nie płącz mi tutaj kochanie!
Nie mogłam opanować łez.
- Gdy rodzice żyli to nawet się mną nie zainteresował! I tylko dlatego, że nie ma dzieci przypomniał sobie o mnie?! Czy może być coś jeszcze gorszego?! – Spojrzałam na twarz cioci. – Jest coś jeszcze… Co to jest?
- Wuj jutro po ciebie przyjeżdża. Właśnie dlatego był tu pan Rockwok. Miał mnie powiadomić, że masz byś spakowana, bo jutro po południu przyjedzie po ciebie Darcy.
Nie mając najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie tych bzdur, wbiegłam po schodach do swojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami i zamknęłam się na klucz. – nie obchodziło mnie czy obudzę Alexa – rzuciłam się na łóżko, szlochając w poduszki.
Alex to mój kuzyn. Jest ode mnie starszy, a tak konkretnie to ma dwadzieścia jeden lat.
Ciocia poszła śladami za mną. Nacisnęła na klamkę od drzwi, lecz nie mogła ich otworzyć.
- Rose! – krzyczała – Otwórz mi te drzwi! Słyszysz? Otwórz, proszę! Chce z tobą jeszcze porozmawiać.
Błagała i prosiła mnie. Nie odpowiadałam. Nie potrafiłam jej wybaczyć, że mnie oddała nieznanemu mi chrzestnemu.
Błaganiem i proszeniem obudziła Alexa, bo usłyszałam ich rozmowę.
- Mamo, co się dzieje? – Zapytał zaspanym głosem.
- Powiedziałam jej o panu Darcym, że jej wuj chce ją wziąć do siebie. Zamknęła się i nie chce mnie do siebie wpuścić.
- Mamo, pozwól mi, że porozmawiam z Rosalie. Proszę. Zaufaj mi.
Usłyszałam kroki na schodach. To znaczy, że ciocia poszła na dół. Było mi trochę szkoda tego jak ją potraktowałam, ale jak ona mogła mi to zrobić? Jak mogła mi o tym wszystkim powiedzieć dzień przed wyprowadzką?
zapukał ktoś delikatnie w drzwi i chwycił za klamkę.
- Rose? – zapytał.
- Alex! Idź sobie! – krzyczałam.
- Wpuść mnie. Jestem sam.
Jak bym nie wiedziała, pomyślałam.
- Chce tyko z tobą porozmawiać, otwórz mi. Jestem twoim przyjacielem, pamiętasz?
dałam się przekonać. Po cichu podeszłam do drzwi. Przez chwilę się wahałam nad tym czy na pewno chce go wpuścić.
Uchyliłam trochę drzwi.
- Czego chcesz?
- Wpuścisz mnie? Chce tylko porozmawiać. – Spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami.
Musiałam w duchu przyznać, że mój kuzyn był niezwykłej urody. Wysoki, wysportowany, dobrze zbudowany. Ciemne włosy, zielone oczy, delikatna brązowa cera. Istny ideał dla dziewczyn. Ale dla mnie to był najlepszy przyjaciel pod Słońcem.
 - Wejdź. – Otworzyłam mu szerzej drzwi.
Miałam zasłonięte rolety, więc w moim pokoju było trochę ciemno.
Alex usiadł wygodnie na moim łóżku, które zdążyłam w między czasie poprawnie zaścielić. Podeszłam i usiadłam obok niego.
Milczeliśmy chyba przez dziesięć minut. W końcu się odezwał.
- Na pewno wiesz, że wszystko wiedziałem…
- Nie musisz mnie uświadamiać, jakim jesteś zdrajcą.
- Przykro mi, że uważasz mnie za zdrajcę. Robiłem to wszystkiego żeby cię chronić, po za tym mama nie kazała ci nic mówić. Sama wiesz jaka jest.
Tak, Grace jest stanowcza.
- Ale jak na dobrego przyjaciela przystało powinieneś mi powiedzieć! – upierałam się.
Westchnął. Przysunął mnie do siebie i posadził sobie na kolana, tak jakbym była małą dziewczynką. Zawsze tak robił, kiedy widział, że nie dam się przekonać.
- Rose. Wiesz doskonale, że bym ci powiedział wszystko. Ufam ci, powierzam moje sekrety, radzę się ciebie. A ty w tym momencie we mnie wątpisz? Myślisz, że chciałem to przed tobą ukryć? Spójrz na mnie i mi szczerze odpowiedz.
Uparcie wpatrywałam się w podłogę. Nie chciałam żeby widział bezsilność w moich oczach. Widząc, że nie zamierzam spojrzeć na niego, wziął mnie pod brodę.
- Odpowiedz mi. – Ponaglił.
- Alex! Ty nic nie rozumiesz. To nie ty musisz stąd wyjeżdżać jutro. To nie ty straciłeś rodziców i to nie ty dowiedziałeś się o swoim chrzestnym. Ja go nawet nie znam, boje się. Co zrobię jak mnie nie polubi ze swoją żoną?
Widziałam jak pohamowuje się od wybuchnięcia śmiechem.
- Powiedz mi kto cię nie lubi? Wszyscy cię uwielbiają, jesteś wspaniałą dziewczyną! Nie mówię tego jako twój kuzyn czy przyjaciel, tylko jako chłopak. A uwierz mi znam się na dziewczynach. – Puścił mi oczko. – Nie masz się czym martwić, Będziemy cię z mamą odwiedzać, obiecuję. – Pocałował mnie w policzek, a ja się w niego wtuliłam, tak jak zawsze gdy byłam smutna. Czułam, że i on jest smutny z tego powodu, że muszę stąd wyjechać.
- Ale pomożesz mi się spakować?  -zapytałam próbując go rozweselić.
Tak jak zamierzałam, wybuchł głośnym śmiechem.
- Jasne, mała królewno. Bierzmy się do pakowania.
                                                                      ***

Pakowanie moich rzeczy zajęło nam całe przed południe i całe po południe.
W między czasie zdążyłam się pogodzić z ciocią Greace. Tak więc wszyscy troje krzątaliśmy się po domu szukając kartonów na moje rzeczy.
Czas minął szybko, więc powoli zbliżał się wieczór.
- Jaki ja jestem zmęczony. – Powiedział Alex. – Wykorzystujesz mnie Rose.
Ciocia zachichotała.
- Przesadzasz. A może jesteś za stary, co Alex? – zażartowałam.
- Młoda!
- Dzieciaki, co powiecie na pizze? – zapytała ciocia.
Spojrzeliśmy na siebie z Alexem i jedno głośnie odpowiedzieliśmy:
- Pizza Funny! – Była to pizzeria na River Street. Bywaliśmy tu dwa razy w miesiącu odkąd zamieszkałam z ciocią Greace i Alexem.
W pizzeri spędziliśmy dobre dwie godziny. Wracając do domu można było zauważyć na niebie , jak jasno świecą gwiazdy na niebie.
Będąc w domu wszyscy wzięliśmy gorący prysznic i położyliśmy się spać.
Alex zajrzał do mnie zanim zdążyłam zasnąć.
- Śpisz? – zapytał spoglądając zza uchylonych drzwi.
- Nieee. – Ziewnęłam. – Czy stało się coś ważnego?
- Po prostu chciałem ci powiedzieć dobranoc.
- Miło mi, ale wiesz… zawsze to robisz.
Podszedł do mnie i pocałował w czoło.
- Wiem. Dobranoc. – rzekł wychodząc.
- Dobranoc, Alex.
Zasnęłam szybko, tak jak przypuszczałam. I tak jak przypuszczałam dręczyły mnie tej nocy koszmary. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz