Po obiedzie
poszłam do swojego pokoju mając nadzieję, że dobrze zapamiętałam drogę.
A jednak! Zapamiętałam, pomyślałam.
Weszłam cała rozpromieniona do pokoju.
Zauważyłam drobne zmiany, a raczej dodatki. Na komodzie była wieża do odważania muzyki, na ścianach miałam obrazy: jeden z czarnym koniem – jak się później domyśliłam to był Kuran - , a na innych miałam śliczne krajobrazy. Dostałam jeszcze czarny, skórzany fotel na którym siedział nieznajomy mężczyzna w płaszczu i kapturze na głowie.
Zaraz, zaraz, pomyślałam, mężczyzna?!
- Kim pan jest?! – Krzyknęłam.
Zero odpowiedzi.
- Jeśli nie powie mi pan, kim pan jest zawołam Lilian i wuja! – ponowiłam.
- Więc teraz ty jesteś właścicielką mojego konia? – to był ten sam melodyjny głos, który słyszałam w stodole przy boksie Kurana.
- Słyszał pan co powiedziałam?!
- Słyszałem. Słyszałaś co ja powiedziałem? – Po tych słowach wstał z fotela.
Nie wiem co chciał zrobić, ale kiedy do pokoju weszła Lilian, nieznajomy gość znikł.
- Myślałam, że jest tutaj Sebastian, rozmawiałaś z kimś?
- Nie. Z nikim nie rozmawiałam.
- No dobrze. Postanowiliśmy z wujem żeby otworzyć ci kominek i przynieść jeszcze jeden skórzany czarny fotel i stolik do tego. – Weszli dawaj panowie, którzy nieśli drugi fotel, a za nimi jeszcze kolejnych dwóch panów, którzy nieśli z ciemnego drzewa, okrągły stolik. Podeszła do jednej ze ścian i przekluczyła coś w ścianie, a ta podniosła się ukazując kominek. – Zaraz ktoś przyjdzie ci napalić. Jak po dniu pełnym wrażeń? Smakują ci tutejsze dania, czy wolisz może jadać coś innego?
- Nie, nie. Wszystko jest w porządku. – Oświadczyłam.
- No dobrze… Zapomniałabym! Tutaj przy łóżku masz telefon gdybyś czegoś potrzebowała, a tu na kartce masz napisane cyferki pod które możesz dzwonić gdybyś czegos potrzebowała… Możesz otwierać sobie okna… Hmm… - rozejrzała się po pokoju, przeszukując go wzrokiem – Dostaniesz pokojówkę, Marry, jest trochę starsza, proszę bądź dla niej miła, dobrze?
- Lilian?
- Słucham?
- Kiedy zacznę uczyć się jeździć na Kuranie? – zapytałam z ciekawości.
- Od jutra. Kyle będzie cię uczył.
- Kyle? To wasz stajenny?
- Nie – odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem.
- Więc kto to?
- Przekonasz się jutro, kochanie. Za tymi drzwiami masz łazienkę wrazi e jakbyś nie wiedziała gdzie ona się znajduje.
Ruszyła w kierunku drzwi.
- Lilian! – zatrzymałam ją.
Odwróciła się.
- Gdzie mogłabym kupić książki?
- O to się nie martw. Darcy z tobą pójdzie do biblioteki, a teraz przepraszam Rose, musze coś załatwić. Dobranoc.
Wyszła z pośpiechem, a za nią czwórka panów którzy mi wnieśli meble…
Spojrzałam w stronę komputera.
Mam nadzieję, że jest tu Internet, pomyślałam.
Usiadłam wygodnie na fotelu i uruchomiłam komputer.
Jak zawsze posprawdzałam ulubione strony, popisałam z znajomymi na chacie – Alexa nie było -, posłuchałam muzyki i tak czas minął mi aż do godziny 00:00. Tak, więc poczłapałam do łazienki i wzięłam szybki prysznic.
Tej nocy dręczyły mnie wyjątkowo realistyczne koszmary.
Szłam korytarzami – mojego obecnego domu – rozglądałam się po obrazach jak bym czegoś szukała. Później trafiłam do pokoju – mojego pokoju, jak się później zorientowałam byłam w beżowo sukience bez ramiączek – do kolan - z czarnymi falbankami idącymi od gorsetu w dół – stał tam mężczyzna, który kogoś torturował. Wszędzie było ciemno.
***
A jednak! Zapamiętałam, pomyślałam.
Weszłam cała rozpromieniona do pokoju.
Zauważyłam drobne zmiany, a raczej dodatki. Na komodzie była wieża do odważania muzyki, na ścianach miałam obrazy: jeden z czarnym koniem – jak się później domyśliłam to był Kuran - , a na innych miałam śliczne krajobrazy. Dostałam jeszcze czarny, skórzany fotel na którym siedział nieznajomy mężczyzna w płaszczu i kapturze na głowie.
Zaraz, zaraz, pomyślałam, mężczyzna?!
- Kim pan jest?! – Krzyknęłam.
Zero odpowiedzi.
- Jeśli nie powie mi pan, kim pan jest zawołam Lilian i wuja! – ponowiłam.
- Więc teraz ty jesteś właścicielką mojego konia? – to był ten sam melodyjny głos, który słyszałam w stodole przy boksie Kurana.
- Słyszał pan co powiedziałam?!
- Słyszałem. Słyszałaś co ja powiedziałem? – Po tych słowach wstał z fotela.
Nie wiem co chciał zrobić, ale kiedy do pokoju weszła Lilian, nieznajomy gość znikł.
- Myślałam, że jest tutaj Sebastian, rozmawiałaś z kimś?
- Nie. Z nikim nie rozmawiałam.
- No dobrze. Postanowiliśmy z wujem żeby otworzyć ci kominek i przynieść jeszcze jeden skórzany czarny fotel i stolik do tego. – Weszli dawaj panowie, którzy nieśli drugi fotel, a za nimi jeszcze kolejnych dwóch panów, którzy nieśli z ciemnego drzewa, okrągły stolik. Podeszła do jednej ze ścian i przekluczyła coś w ścianie, a ta podniosła się ukazując kominek. – Zaraz ktoś przyjdzie ci napalić. Jak po dniu pełnym wrażeń? Smakują ci tutejsze dania, czy wolisz może jadać coś innego?
- Nie, nie. Wszystko jest w porządku. – Oświadczyłam.
- No dobrze… Zapomniałabym! Tutaj przy łóżku masz telefon gdybyś czegoś potrzebowała, a tu na kartce masz napisane cyferki pod które możesz dzwonić gdybyś czegos potrzebowała… Możesz otwierać sobie okna… Hmm… - rozejrzała się po pokoju, przeszukując go wzrokiem – Dostaniesz pokojówkę, Marry, jest trochę starsza, proszę bądź dla niej miła, dobrze?
- Lilian?
- Słucham?
- Kiedy zacznę uczyć się jeździć na Kuranie? – zapytałam z ciekawości.
- Od jutra. Kyle będzie cię uczył.
- Kyle? To wasz stajenny?
- Nie – odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem.
- Więc kto to?
- Przekonasz się jutro, kochanie. Za tymi drzwiami masz łazienkę wrazi e jakbyś nie wiedziała gdzie ona się znajduje.
Ruszyła w kierunku drzwi.
- Lilian! – zatrzymałam ją.
Odwróciła się.
- Gdzie mogłabym kupić książki?
- O to się nie martw. Darcy z tobą pójdzie do biblioteki, a teraz przepraszam Rose, musze coś załatwić. Dobranoc.
Wyszła z pośpiechem, a za nią czwórka panów którzy mi wnieśli meble…
Spojrzałam w stronę komputera.
Mam nadzieję, że jest tu Internet, pomyślałam.
Usiadłam wygodnie na fotelu i uruchomiłam komputer.
Jak zawsze posprawdzałam ulubione strony, popisałam z znajomymi na chacie – Alexa nie było -, posłuchałam muzyki i tak czas minął mi aż do godziny 00:00. Tak, więc poczłapałam do łazienki i wzięłam szybki prysznic.
Tej nocy dręczyły mnie wyjątkowo realistyczne koszmary.
Szłam korytarzami – mojego obecnego domu – rozglądałam się po obrazach jak bym czegoś szukała. Później trafiłam do pokoju – mojego pokoju, jak się później zorientowałam byłam w beżowo sukience bez ramiączek – do kolan - z czarnymi falbankami idącymi od gorsetu w dół – stał tam mężczyzna, który kogoś torturował. Wszędzie było ciemno.
***
- Dziecino, obudź się! – dobiegał do mnie z daleka
głos.
Chciałam otworzyć oczy, ale nie mogłam. Nagle poczułam coś na mojej piersi – zimny kształt.
Otworzyłam oczy, ale widziałam tylko zamazane kształty. Na szczęście obraz nabierał po woli kształtów o dobrej jakości. Nade mną pochylała się starsza pani. Miała na sobie czarną koszulę na krótki rękaw, czarną spódnice, biały fartuszek i biały… czepek na głowie.
- No nareszcie się obudziłaś! – powiedziała najwidoczniej z ulgą.
- Taaak… Co się stało? – zapytałam rozglądając się po pokoju.
- Gdy tu weszłam strasznie się rzucałaś, chyba dręczyły cię koszmary. Przestraszyłam się.
- Proszę się już nie martwić już mi lepiej. Mogłaby pani oświecić światło?
Podeszła do stolika nocnego i zapaliła lampkę.
- Wielkie Nieba! – wykrzyknęła zdumiona, patrząc na mnie lub na coś za mną.
Automatycznie zaczęłam się rozglądać po pokoju.
- Czy coś się stało? – zapytałąm zaniepokojona i jeszcze raz ogarnęłam pokój wzrokiem.
- Myślałam, że panna Lilian i pan Darcy sobie ze mnie żartują. Jednak nie.
- O co chodzi? Nic z tego nie rozumiem.
- Panna Lilian opowiadała o tobie, że jesteś piękna. Blada nieskazitelna cera, wydatne kości policzkowe, delikatnie zaczerwienione usta, długie czarne rzęsy, niebieskie oczy i w dodatku piękne, długie, czarne włosy. Panienka jak z obrazka. – Zachwycała się starsza pani.
- Kim pani jest?
- Och… Jestem Marry. Twoja pokojówka, a ty jesteś Rose, jeśli się nie mylę, prawda? – uśmiechnęła się do mnie. – Naprawdę wybrałaś Kurana? Czy Kuran wybrał ciebie?
- No sama nie wiem, żaden koń mi się nie spodobał, ale tego co zobaczyłam w stodole, nie mogłam od niego oczu oderwać…
- A czy i on patrzył na ciebie.
- Tak…
- Wychodzi na to, że oboje się wybraliście. Drugim człowiekiem jaki kiedykolwiek dosiadł twojego konia był twój wuj Darcy. A pierwszym…
- …Kaname Kuran. – dokończyłam.
- Tak. Lilian ci powiedziała, prawda? Spokojnie nie wygadam się. Jestem ciekawa czy jego pan nie będzie miał nic przeciwko nowej właścicielce.
- Dlaczego wuj miałby mieć coś przeciwko tego żebym dosiadła Kurana?
- Źle mnie zrozumiałaś Rose – podeszła do mebli i zaczęła je odkurzać – nie chodziło mi o pana Darcy. Chodziło mi o pana Kurana. I nikt z nas nie ma pewności czy koń pozwoli ci się osiodłać. Najwyraźniej nie zbyt uważnie słuchałaś Lilian.
- Proszę pani… - zaczęłam.
- Proszę mów mi Marry.
- Marry – poprawiłam się – czy to prawda że pan Kuran pojawia się tutaj?
Spojrzała na mnie przestraszona.
- Oczywiście chodzą takie pogłoski, że nadal tu mieszka, ale się ukrywa.
- Gdzie?
- W jednym z tych pokoji. Ale jest nie do odnalezienia.
- Czyli tajemniczy pokój. Szukano go chociaż?
- Tak. Naturalnie pan Darcy podejmował kilka razy próbę odnalezienia go, ale wracał z pustymi rękoma.
Mogłabym stwierdzić, że ten dom jest nawiedzony. Serce waliło mi jak oszalałe. Zaczynałam się bać konia, duchów – zwłaszcza jednego ducha-, pokojówki… Drzwi balkonowe otworzyły się na swoją całą szerokość i wpadł podmuch wiatru.
- Odejdź. Nie strasz dziewczyny! – skarciła kogoś Marry.
- Nie chce jej przestraszyć chce ją poznać. Zbyt długo na to czekałem…
- To nie najlepszy moment. Poczekaj chociaż do balu. Rose, proszę cię zejdź do salonu na obiad.
Obiad? Spojrzałam na mój elektroniczny zegarek. Szlag! Już jest prawie pierwsza po południu. Wyjęłam z szafy jakieś rzeczy i popędziłam już ubrana na dół.
Lilian i wuj siedzieli przy stole i zdaje się czekali na mnie.
- Dzień dobry. – przywitał się wuj.
- Witaj. – powitała mnie z uśmiechem Lilian.
- Przepraszam za spóźnienie, ale zaspałam. – wytłumaczyłam się.
- Jak ci się śpi w pokoju? Nie boisz się? – zapytał Darcy.
- Bardzo dobrze i wygodnie, mam ładny widok na ogród. Bardzo mi tam się podoba…
- Więc dzisiaj dosiadasz Kurana. – przypomniała mi Lilian.
- Ach tak… Więc zjedzmy obiad i chodźmy oglądać moją klęskę… - wymamrotałam.
Darcy i Lilian parsknęli śmiechem i zaczęliśmy jeść obiad.
Chciałam otworzyć oczy, ale nie mogłam. Nagle poczułam coś na mojej piersi – zimny kształt.
Otworzyłam oczy, ale widziałam tylko zamazane kształty. Na szczęście obraz nabierał po woli kształtów o dobrej jakości. Nade mną pochylała się starsza pani. Miała na sobie czarną koszulę na krótki rękaw, czarną spódnice, biały fartuszek i biały… czepek na głowie.
- No nareszcie się obudziłaś! – powiedziała najwidoczniej z ulgą.
- Taaak… Co się stało? – zapytałam rozglądając się po pokoju.
- Gdy tu weszłam strasznie się rzucałaś, chyba dręczyły cię koszmary. Przestraszyłam się.
- Proszę się już nie martwić już mi lepiej. Mogłaby pani oświecić światło?
Podeszła do stolika nocnego i zapaliła lampkę.
- Wielkie Nieba! – wykrzyknęła zdumiona, patrząc na mnie lub na coś za mną.
Automatycznie zaczęłam się rozglądać po pokoju.
- Czy coś się stało? – zapytałąm zaniepokojona i jeszcze raz ogarnęłam pokój wzrokiem.
- Myślałam, że panna Lilian i pan Darcy sobie ze mnie żartują. Jednak nie.
- O co chodzi? Nic z tego nie rozumiem.
- Panna Lilian opowiadała o tobie, że jesteś piękna. Blada nieskazitelna cera, wydatne kości policzkowe, delikatnie zaczerwienione usta, długie czarne rzęsy, niebieskie oczy i w dodatku piękne, długie, czarne włosy. Panienka jak z obrazka. – Zachwycała się starsza pani.
- Kim pani jest?
- Och… Jestem Marry. Twoja pokojówka, a ty jesteś Rose, jeśli się nie mylę, prawda? – uśmiechnęła się do mnie. – Naprawdę wybrałaś Kurana? Czy Kuran wybrał ciebie?
- No sama nie wiem, żaden koń mi się nie spodobał, ale tego co zobaczyłam w stodole, nie mogłam od niego oczu oderwać…
- A czy i on patrzył na ciebie.
- Tak…
- Wychodzi na to, że oboje się wybraliście. Drugim człowiekiem jaki kiedykolwiek dosiadł twojego konia był twój wuj Darcy. A pierwszym…
- …Kaname Kuran. – dokończyłam.
- Tak. Lilian ci powiedziała, prawda? Spokojnie nie wygadam się. Jestem ciekawa czy jego pan nie będzie miał nic przeciwko nowej właścicielce.
- Dlaczego wuj miałby mieć coś przeciwko tego żebym dosiadła Kurana?
- Źle mnie zrozumiałaś Rose – podeszła do mebli i zaczęła je odkurzać – nie chodziło mi o pana Darcy. Chodziło mi o pana Kurana. I nikt z nas nie ma pewności czy koń pozwoli ci się osiodłać. Najwyraźniej nie zbyt uważnie słuchałaś Lilian.
- Proszę pani… - zaczęłam.
- Proszę mów mi Marry.
- Marry – poprawiłam się – czy to prawda że pan Kuran pojawia się tutaj?
Spojrzała na mnie przestraszona.
- Oczywiście chodzą takie pogłoski, że nadal tu mieszka, ale się ukrywa.
- Gdzie?
- W jednym z tych pokoji. Ale jest nie do odnalezienia.
- Czyli tajemniczy pokój. Szukano go chociaż?
- Tak. Naturalnie pan Darcy podejmował kilka razy próbę odnalezienia go, ale wracał z pustymi rękoma.
Mogłabym stwierdzić, że ten dom jest nawiedzony. Serce waliło mi jak oszalałe. Zaczynałam się bać konia, duchów – zwłaszcza jednego ducha-, pokojówki… Drzwi balkonowe otworzyły się na swoją całą szerokość i wpadł podmuch wiatru.
- Odejdź. Nie strasz dziewczyny! – skarciła kogoś Marry.
- Nie chce jej przestraszyć chce ją poznać. Zbyt długo na to czekałem…
- To nie najlepszy moment. Poczekaj chociaż do balu. Rose, proszę cię zejdź do salonu na obiad.
Obiad? Spojrzałam na mój elektroniczny zegarek. Szlag! Już jest prawie pierwsza po południu. Wyjęłam z szafy jakieś rzeczy i popędziłam już ubrana na dół.
Lilian i wuj siedzieli przy stole i zdaje się czekali na mnie.
- Dzień dobry. – przywitał się wuj.
- Witaj. – powitała mnie z uśmiechem Lilian.
- Przepraszam za spóźnienie, ale zaspałam. – wytłumaczyłam się.
- Jak ci się śpi w pokoju? Nie boisz się? – zapytał Darcy.
- Bardzo dobrze i wygodnie, mam ładny widok na ogród. Bardzo mi tam się podoba…
- Więc dzisiaj dosiadasz Kurana. – przypomniała mi Lilian.
- Ach tak… Więc zjedzmy obiad i chodźmy oglądać moją klęskę… - wymamrotałam.
Darcy i Lilian parsknęli śmiechem i zaczęliśmy jeść obiad.
***
Wuj Darcy
i Lilian zapoznali mnie z Kylem, który miał mnie uczyć jazdy konno. Kyle okazał się bardzo sympatycznym trenerem. Był tylko dwa lata starszy ode mnie.
- Posłuchaj Rose. Koń już jest osiodłany. Pomogę ci wsiąść na Kurana, a ty się podciągniesz i przełożysz nogę na drugą stronę, okej?
- To nic trudnego. – skwitowałam.
Może nie będzie tak źle? Pomyślałam.
- No to na trzy. Raz… Dwa… TRZY! Hop!
Ciężko było mi się podciągnąć, ale dałam radę. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak wielki jest Kuran. Nie chciałabym z niego spać…
Ledwie o tym pomyślałam, a on już stanął dęba – na szczęście przytrzymałam się mocno jego grzywy.
Puścił się biegiem w stronę parku.
Odwróciłam się i krzyknęłam:
- Jak go się do cholery zatrzymuje?!
- Pociągnij uprząż do tyły! – usłyszałam.
Zrobiłam to co kazał, tylko przez to koń przyśpieszył jeszcze bardziej.
Pędziliśmy prosto na ogrodzenie.
Jednym susem, go przeskoczył. Byłam pod - ukrytym - wrażeniem.
Biegł jakąś ścieżką, nawet nie wiem dokąd ona prowadziła… Jechałam na nim jakieś dwadzieścia minut, później zaczął zwalniać, aż w końcu się zatrzymał na jakiejś malutkiej polance przez którą płynął strumyk.
Zaczęłam główkować, jak wrócić z koniem do domu, albo chociaż w okolice. Gdybym wróciła tą samą drogą, którą biegł Kuran prawdopodobieństwo powrotu do domu przed zmierzchem byłoby całkiem spore, ale gdybym zabłądziła prawdopodobieństwo powrotu dziś było by naprawdę minimalne.
Spojrzałam w stronę konia, który jadł spokojnie trawę.
- I coś ty najlepszego narobił?
Podniósł łeb i w odpowiedzi prychnął.
- Doprawdy? To wiele wyjaśnia. Poczekaj… Jeden szczegół. Ja ciebie nie rozumiem!
Znowu prychnął.
- Za to możesz mnie zrozumieć. – powiedział melodyjny głos, który słyszałam wtedy w stodole i kiedy Marry rozmawiała z kimś w moim pokoju. Odwróciłam się w kierunku z którego płynął głos. W cieniu drzew stał mężczyzna w czarnym płaszczu z kapturem na głowie, także nie mogłam widzieć jego twarzy.
- Kim ty…
- Spokojnie. – Przerwał mi. Podszedł do Kurana a ten zaczął się do niego łasić. – Dowiesz się w swoim czasie. Niedługo. Wkrótce. A tym czasem, co tutaj robisz z moim koniem?
- Twoim koniem? Kuran jest mój. Uczyłam się na nim jeździć, a on przywiózł mnie tutaj…
- Co za posłuszny koń.
- Proszę?
- Chciałem żeby to zrobił.
Patrzyłam otępiała. Powoli w parku zaczynało się robić ciemno, co mnie przyprawiło o ciarki.
- Rose! Musimy się spotkać i to jak najszybciej. – Rozejrzał się dookoła. – Chodź pomogę ci wsiąść i wrócicie na teren posiadłości. – Nie wiedziałam czy mogę mu zaufać. – No dalej! Robi się ciemno.
Pokiwałam przecząco głową i zrobiłam parę kroków w tył.
- Wolę iść pieszo po ciemku. – powiedziałam z determinacją w głosie.
- Rose… - powiedział miękko zbliżając się do mnie pewnym krokiem. – Nie zrobię ci krzywdy. Musisz mi zaufać. – Objął mnie w tali. – Nie skrzywdzę cię. – wziął mnie na rece, początkowo protestowałam i mówiłam mu żeby mnie puścił, ale musiałam się poddać. – Kuran!. – powiedział do konia a ten położył się. Nieznajomy wybawiciel usiadł w siodle, a mnie posadził przed sobą. Cmoknął do konia, a ten powoli wstał. – Zabieram cię do domu. – i ruszyliśmy.
Wbiegając na polanę byłam już sama w siodle. Czarny Pan – bo tak postanowiłam nazywać nieznajomego – znikł w momencie gdy pojawiliśmy się na odsłoniętej przestrzeni. Kuran z gracją galopował w stronę stajni. Z oddali dostrzegłam, że w moim kierunku na białym koniu jedzie wuj z latarkę w ręku. Kuran zatrzymał się, przyklęk abym mogła z niego zjeść i wyprostował się dumnie.
- Rose – wuj miał głos pełen ulgi. – Wysłałem wszystkich aby cię zaczęli szukać w parku. Dzięki Bogu nic ci się nie stało. – spojrzał na mojego konia- Co za diabelski podmiot…
- Nie mów tak na niego! Wystraszył się tylko.
- Nie wystraszył się. Ten koń niczego się nie boji, nawet samego szatana. Kazał ci ją zabrać, prawda? – spojrzał koniu prosto w oczu. Później odwrócił się do mnie i zapytał. – Gdzie cię ten koń zabrał? Spotkałaś tam kogoś? – koń prychnął.
- Jakaś polane przy strumyku, ale… nikogo tam nie było.
- Darcy! – krzyknął ktoś. Okazało się, że to młody mężczyzna o niebieskich oczach i jasnych blond – prawie białych – włosach, które spadały mu na ramiona. – Wszyscy powoli wracają – zdawał się mnie nie zauważyć – nigdzie nie mogą jej znaleźć…
- Sama się znalazła, Jace – przerwał mu wuj i spojrzał na mnie z uśmiechem.
Więc to był Jace, pomyślałam.
Jace zsiadł z konia i podszedł do mnie, był o 20 cm wyższy ode mnie.
- Wiesz jakiego zamieszania narobiłaś?! – krzyknął.
- Ale ja…
- Cała służba cię szukała! Darcy, Lilian, Sebastian, Kyle, ja…
- Zostaw ją – ni stąd ni z owąd pojawił się Sebastian. Jak zwykle był ubrany w koszule. Tym razem czerwoną. – To nie jej wina, że koń wystrzelił jak z procy i popędził Bóg wie gdzie.
- Chłopcy ! – skarciła ich Lilian która szła w naszą stronę ze łzami w oczach. Miała na sobie dżinsy i biały top, nie sukienkę jak zawsze co mnie szczerze zaskoczyło. Ładnie jej tak było.
- Rose – zwrócił się do mnie wuj – możesz powtórzyć gdzie cię Kuran zabrał ?
- Na łąkę przy strumieniu..
- Ale w parku nie ma żadnej łąki, ani biegnącego tam strumienia. Bynajmniej nie w tej części parku. – zamyślił się wuj.
- Koń nie zdążył by kononać takiego dystansu w zaledwie dwie godziny - sprzeciwił się Jace myślą wuja Darciego.
- Muszę nad tym pomyśleć w spokoju. Najważniejsze, że mojej chrzestnicy nic się nie stało - uśmiechnłą się ciepło do mnie i Lilina. - Sebastianie czy mógłbyś wraz z Jacem zaprowadzić Rose do jej pokoju, prosze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz