sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 3

Obudziłam się zanim byliśmy na miejscu.
Jechaliśmy przez las… albo park.
- Mieszkacie w lesie? – zapytałam śpiącym głosem.
Lilian i Darcy zaśmiali się. Siedzieli naprzeciwko mnie, przytulając się.
- Nie, to jest nasz park – odpowiedział mi wuj – ciągnie się jakieś 5km.
Nasuwało mi się tyle pytań. Nie wiedziałam które mogę zadać jako następne.
- Mamy dużą posiadłość. – Oznajmiła Lilian.
- Zauważyłam. – uśmiechnęłam się.
Lilian odkąd ją poznałam – a znam ją dopiero od południa – zawsze była rozpromieniona, uśmiechnięta i była z tego jak widać optymistką. Chyba rozumiem, dlaczego wuj Darcy się w niej zakochał. Ale miłość nie jest dla mnie. Ten ból i przykrości… Nawet nie chce o tym myśleć. Ostatni raz miałam chłopaka w piątej klasie. Jak na razie nie myślę żeby znów go mieć.
- Długo jechaliśmy? – zwróciłam się do wuja Darcy.
- Osiem godzin. – odpowiedział.
- Jesteśmy dzisiaj wyjątkowo szybko. Jechaliśmy skrótami żeby nie męczyć ciebie i samych siebie podróżą. – powiedziała Lilian i otworzyła przyciskiem okno.
- Hmm… - zamyślił się i spojrzał znacząco no Lilian.
- Rose, musimy cię uprzedzić przed Jacem… Po prostu nie przejmuj się nim, dobrze?
- Może być o ciebie zazdrosny. Możliwe, że się nie spotkacie od razu. Spokojnie.
Okej? Kim był Jace? Ich służący? Stajenny? Może ktoś z rodziny? W każdym razie nie chciałam wypytywać o niego. Kazali mi się nie przejmować. Zastanowię się nad tym jutro.
Gdy wyjechaliśmy z parku ujrzałam przez okno piękny duży ogród, który znajdował się przed piękną wiktoriańską a zarazem nowoczesną budowlą. Wyglądał jak dwór. Był piękny.
Dwór był ogromny, trzy piętrowy, cały biały ze złotymi ozdobami na ścianach, dach czerwony. Z każdej strony był jeden duży balkon.
W niektórych pokojach świeciło się światło.
Kiedy wszyscy wysiedliśmy wuj Darcy poprosił Lilian żeby zaprowadziła mnie do mojego nowego pokoju.
- Proszę oto twój pokój. – Powiedziała Lilian i otworzyła mi drzwi. – Dasz sobie radę Rose?
- Tak, dzięki. – I zamknęłam drzwi.
Pierwsze co zrobiłam to przebrałam się w piżamę i zasnęłam.

***

Rano obudziły mnie promyki słońca muskające moją twarz, które wpadały przez wielkie łukowate okna. Przetarłam zmęczone oczy żeby przyzwyczaiły się do światła. Dopiero teraz mogłam obejrzeć dokładniej mój pokój, co miałam zrobić to wczoraj, ale byłam za bardzo zmęczona żeby to zrobić. Teraz nadrobię zaległości.
Pokój był duży i przestronny. Na ścianach miał położoną czerwona tapeta na której były czarne wzory. Miałam duże łóżko – nie składało się na szczęście -, czerwone zasłony wisiały po obu stronach okien, dużą szafę, komodę, biurko – z komputerem oczywiście – i fotel, pustą półkę na książki, domyślam się jednak, że pozwolą mi ją zapełnić moimi ulubionymi książkami.
Tak więc obejrzawszy mój pokój, wstałam i rozpakowałam moją torbę i się ubrałam.
Nie wiedziałam gdzie iść, więc postanowiłam nie ruszać się nigdzie z pokoju.
Podeszłam do balkonowych drzwi i je otworzyłam. Przyjemne powietrze ogarnęło mnie całą. Tak jak wspomniałam wcześniej balkony były naprawdę duże i były w kształcie półkola. Oparłam ręce o marmurową ‘’barierkę’’ – cokolwiek to było – i moim oczom ukazał się piękny i rozległy ogród, któremu wczoraj nie mogłam się dobrze przyjrzeć, ponieważ było zbyt ciemno. Różnorodne drzewka i krzewy, basen, fontanna, w oddali kicały zajączki albo króliczki – zapewne oswojone -, pod moim balkonem pięły się piękne krwistoczerwone różę. Dopiero teraz zauważyłam że obok mojego balkonu roście duży i stary dąb, a ścianie pokrywa bluszcz, który dodawał dworowi uroku.
Lilian miała rację. Od razu pokochałam to magiczne miejsce. Wyobraziłam sobie, że to wszystko należy do mnie, że jestem księżniczką, która panuje sama w tym pięknym bajkowym świecie.
- Miło, że już wstałaś. Podoba ci się Rose? – Lilian położyła dłoń na moim ramieniu przy czym wyrwała mnie z moich skrytych i zabawnych marzeń.
- Tak, jest pięknie. – Zachwycałam się nadal.
- Wiedziałam, że ci się spodoba – uśmiechnęła się. – Pora coś zjeść. Na co masz ochotę? Chodź pójdziemy do salonu, a później wybierzemy dla ciebie odpowiedniego konia. Co ty na to kochana?
- Chętnie. – I wyszłyśmy z mojej komnaty ruszając schodami w dół.
Moje oczy pochłaniały każdy szczegół. Korytarze – a raczej każde piętro – było wyłożone inną tapetą, ale w podobnych odcieniach, miały te same kafelki – czarno-białe, jak szachownica. Na ścianach wisiały obrazy i portrety.  Zapewne to były portrety dawnych właścicieli i rodziny. Stały też zabytkowe zbroje rycerskie. Schody były bardzo szerokie i drewniane, które były wyłożone czerwonym dywanem w złote wzory. To wszystko dodawało uroku wnętrzu.

***


Po śniadaniu tak jak powiedziała Lilian poszłyśmy do stadniny.
Stadnina znajdowała się za mniejszym parkiem, który na pewno nie ciągnął się jakieś pięć kilometrów.
Konie biegały w dużych drewnianych ogrodzeniach – jak na Dzikim Zachodzie. Koni było mnóstwo, mogłabym podejrzewać, że jest ich tu ponad setka. Obok stadniny znajdowała się stodoła – drewniana tak jak i stadnina.
Tak jak myślałam. Koni jest naprawdę dużo, pomyślałam.
Szłyśmy od boksu do boku, żebym mogła obejrzeć każdego konia – w boksach znajdowały się ujeżdżane konie i te które jeździły na konkursy, zawody i wyścigi.
- Spodobał ci się któryś? – zapytała w końcu Lilian.
- Nooo… Nie do końca… - przyznałam śmiało.
- To nic, wiem który może ci się spodobać. – mrugnęła do mnie. – Chodź do stodoły.
Tak więc opuściłyśmy stadninę i zmierzyłyśmy po kamiennej Ścieszce do stodoły.
W stodole było bardzo dużo kurzu – mogłam się tego domyślić – i dużo… słomy i różnych innych potrzebnych rzeczy.
Moich i Lilian uszu dobiegł szelest z góry.
- O mój Boże! – krzyknęła Lilian. – Sebastian co ty tu robisz?! Matko! Jeszcze w koszuli…
- Cześć ciociu. – przywitał się. – Wiesz, że lubię spędzać tu swój wolny czas.
- Tak, wiem. – Posłała mu ciepły uśmiech. – To jest Rosalie, chrzestnica pana Darcy. Rose to jest Sebastian, mój daleki kuzyn.
- Witaj. – Przywitał się grzecznie, ujął moją dłoń i pocałował ją delikatnie nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Miło mi cię poznać… - Wykrztusiłam zawstydzona.
Sebastian był naprawdę pięknej urody. Wysoki, dobrze zbudowany, na zielone oczy spadały mu kosmyki złotych loczków. Był ubrany w koszulę w czarno-zieloną kratę do tego jeansy.
- Sebastianie, czy mi się wydaje, czy nie powinieneś mieć teraz lekcji języka francuskiego? – przypomniała mu.
- Tak, tak. Już idę. – Uśmiechnął się do mnie i wyszedł.
- Miły, prawda? – zapytała.
- Bardzo.
Podeszłyśmy do jedynego boksu, który się tu znajdował. Był w nim piękny czarny koń z białą gwiazdką na czole.
- Jest piękny… - wyszeptałam i potem dodałam głośniej – chce tego konia.
- Piękny wierzchowiec, przyznaję. – westchnęła Lilian.
- Jak się nazywa?
- Kuran.
Coś mi to mówi.
- Dlaczego tak?
- Nie wiem czy mogę ci powiedzieć. – Powiedziała tak cicho, że musiałam się domyślać słów.
- Obiecuję, że nikomu o tym nie powiem.
- Nie o to chodzi…
- A o co?
- Chodzi o to, że Darcy nie kazał mi ci mówić o tej… legendzie.
- Wuj się o tym nie dowie. Proszę… Lilian powiedz mi. – Prosiłam.
Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
- Proszę…
- No dobrze. To imię pochodzi od nazwiska pierwszego właściciela tego konia – zaczęła – To nie byle jaki Kon, Rose. On był tu przed nami wszystkimi. Jego właściciel to Kaname Kuran…
- Kaname Kuran? To tak jak ten z Vampire Knight?
- Co? – spojrzała na mnie rozbawiona.
- No japońskie imię…
- Tak masz rację to japońskie imię. Pan Kuran nie pochodził z Japonii. Tak w ogóle to nikt nie wiedział skąd on pochodzi. Nikt nie wiedział kim jest. Ale wszyscy mówili o jego nieziemskiej urodzie. Podobno był piękny jak anioł.
Anioł zemsty, pomyślałam przypominając sobie ostatnio przeczytaną książkę.
 - Przyjechał, kupił tą posiadłość i odnowił. Jak pewnie sama się domyślasz przywiózł ze sobą konia. Był dziki i niebezpieczny, tylko jego pan mógł na niego wsiąść i do niego podejść.
Pan Kuran przywiózł ze sobą piękną kobietę panią jego serca Sayurii. Byli szczęśliwi.  Pewnego razu pani bujała się na huśtawce. Ni stąd ni zowąd przyszła straszliwa burza. Piorun uderzył w konar drzewa na której bujała się pani Sayurii. Zginęła. Pochowano ją, gdzieś w tym parku. Ale park jest tak wielki, że grobu znaleziono do dziś. Jedyną osobą, która wie gdzie się znajduje grób jest sam Kaname Kuran.
- To on żyje? – przerwałam.
- Chodzi pogłoska, że żyję. I stał się…. nieśmiertelny…
Wytrzeszczyłam oczy, ale zaraz odwróciłam się, żeby tego Lilian nie widziała.
- Co noc przybywa do swego konia i z nim rozmawia. Nasze służące i sprzątaczki mówią, że pan Kuran przechadza się korytarzami i wchodzi do pokoi.
- A jaki ma to związek z tym koniem?
- Temu koniu nic się nie może stać. Można powiedzieć, że jest niezniszczalny.
Na co koń prychnął, jakby chciał potwierdzić słowa Lilian.
- Jest tu odkąd sprowadził się pan Kuran i Sayurii?
- Tak i nikt nie wie, jak długo pożyje nasz kochany Kuran – Kon podszedł i spojrzał na mnie.
- Co się stało z Kaname Kuran? – zaciekawiłam się.
- To tylko jakaś legęda, historyjka. Trochę kłamstwa i ziarenko prawdy. Nie masz się czym przejmować. Więc zostaje ten koń?
- Tak, a czy go ktoś już dosiadł?
- twój wuj. Darcy. Chodźmy na obiad.
Pogłaskałam konia i poszłam za Lilian. Kuran zarżał, jakby chciał żebym została.
- Ona wróci. – usłyszałam melodyjny głos.
Odwróciłam się, aby sprawdzić kto to powiedział, ale nikogo nie zauważyłam.
To pewnie Sebastian nie poszedł na lekcje, pomyślałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz